Przeanalizowanie sposobów
funkcjonowania sztuki współczesnej w szerszym kulturowym i politycznym
kontekście wydaje mi się szczególnie ważne dla zrozumienia zjawisk,
jakie w tej sztuce zachodzą. Bliskie jest mi bowiem rozumienie sztuki
jako aktywności odgrywającej znaczącą rolę w kulturowym i społecznym
kontekście. Kontekst ten określony jest także przez instytucjonalizację
życia artystycznego w nowym układzie politycznym oraz krytykę artystyczną.
Osią tych napięć są dyskusje na temat moralności sztuki, pojawiająca
się w związku z tym cenzura artystycznych działań oraz atakowanie sztuki,
w mniemaniu opinii publicznej, przekraczającej normy etyczne i moralne.
Odbiór sztuki krytycznej jest zdeterminowany przez podziały polityczne,
które zaznaczają się w środowisku artystycznym i krytycznym. Sprzymierzeńcem
omawianego przeze mnie nurtu jest przede wszystkim Magazyn Sztuki,
zajmujący na obszarze krytyki artystycznej całkowicie odrębne miejsce
i wyróżniający się wśród pism artystycznych wyraźnie zarysowanym charakterem.
Na przeciwnym biegunem do niego sytuuje się krytyka związana z kręgami
konserwatywnymi, reprezentowana m.in. przez Andrzeja Osękę, Janusza
Marciniaka, pismo Znak, czy gazety codzienne, jak np. Życie, gdzie
odmawia się bardziej radykalnej twórczości miana sztuki, gdzie jest
ona wyśmiewana i szkalowana.
Diagnozy
Problem dyskusji o moralności w sztuce podjęty został w 1997 r. przez
Anetę Szyłak na łamach Exitu w tekście pt. Relacja z dyskusji o moralności
sztuki w Polsce. Autorka zwraca uwagę na zarzuty chęci szokowania i
epatowania publiczności formułowane pod adresem artystów sięgających
po radykalne środki. Odwołuje się ona do dyskusji, jakie sprowokowała
i nadal prowokuje Piramida zwierząt Katarzyny Kozyry. Autorka zwraca
uwagę na wizerunek artystki wykreowany przez media, na powoływanie się
w dyskusjach na jej najbardziej radykalne wypowiedzi. W efekcie, w przypadku
Piramidy zwierząt to nie sama praca budzi odrazę, ale sposób jej powstania,
a także postać artystki.
Szyłak pisze też o emocjach, jakie wywołała wystawa Antyciała, prezentująca
te zjawiska w sztuce polskiej lat dziewięćdziesiątych, które związane
są z zagadnieniami ciała: z seksualnością, fizjologią, chorobą i umieraniem.
Zwraca uwagę, że wystawa ta wywołała agresywną polemikę pomiędzy jej
przeciwnikami i zwolennikami. Dyskusje te ujawniły: brak wspólnego języka
pomiędzy krytykami przywykłymi do bardziej konwencjonalnego języka sztuki
a artystami, próbującymi (...) poszukiwać innych form ekspresji. Można
znowu zauważyć tu opozycję między tradycyjnymi krytykami sztuki zorientowanymi
głównie na malarstwo a artystami używającymi innych technologii, których
sztukę określano często jako występki i zarzucano im, że tworzą w
tych technologiach z braku umiejętności rysunkowych, malarskich, czy
rzeźbiarskich. I tak za moralną uchodzi sztuka używająca tradycyjnych
środków wyrazu. Zaś spór o moralność sztuki to także, według Szyłak,
spór o krytykę artystyczną. Jest to w mniejszym stopniu spór o dzieła,
a bardziej o to, co się o nich pisze. Autorka zwraca uwagę, że linia
ataku na niektóre zjawiska w sztuce lat dziewięćdziesiątych idzie w
dwóch kierunkach: atakowania artystów za gesty ekstremalne i atakowania
krytyków dokonujących, wbrew pozostałym artystom i krytykom, interpretacji
tych prac. Nie samo bowiem dzieło wzbudza kontrowersje, a uwiarygodnienie
go przez wziętego krytyka. Szyłak pisze, że obrońcy niepodważalnych
wartości malarskich walczą z całych sił o przetrwanie, zarzucając nowym
zjawiskom szerzenie zła i przekraczanie norm obyczajowych.
Problem dyskusji o moralności w sztuce, a także jej funkcjonowania w
politycznym kontekście Polski lat dziewięćdziesiątych podjęli też niemal
równocześnie: Piotr Piotrowski w tekście Sztuka według polityki, zamieszczonym
w katalogu wystawy Negocjatorzy sztuki wobec rzeczywistości oraz Ryszard
W. Kluszczyński w tekście pt. Artyści pod pręgierz, krytycy sztuki
do kliniki psychiatrycznej, czyli najnowsze dyskusje wokół sztuki krytycznej
w Polsce umieszczonym na łamach Exitu.
Piotr Piotrowski analizuje najnowszą sztukę w kontekście politycznym,
ukazując jej uwikłanie w obszar polityki i przeciwstawiając równocześnie
uniwersalistycznej wizji sztuki (gdzie funkcjonowała ona jakoby poza
polityką) - wizję postmodernistyczną (gdzie wzajemne uwikłania sztuki
i polityki nie są ukryte, ale wręcz odwrotnie - zostają wydobyte na
jaw). Opisuje on konkretne przykłady blokowania wolności artystycznej,
cenzury dokonywanej przez instytucje artystyczne, ataków na sztukę krytyczną,
wiążąc je z konkretnymi wydarzeniami politycznymi. I tak np. cenzurę
pracy Więzy krwi Katarzyny Kozyry i cenzurę I dom, i muzeum Zofii
Kulik w poznańskim Muzeum Narodowym autor łączy z wizytą papieża w Polsce,
a dokładniej z układem władzy funkcjonującym w Polsce, w którym Kościół
zajmuje znaczące miejsce. Cenzura wspomnianych prac miała miejsce w
maju 1999, czyli krótko przed wspomnianą wizytą. Piotrowski wskazuje
na próbę neutralizacji takich problemów jak hierarchia płci (ujawniona
przez pracę Zofii Kulik) , która stanowi przecież podstawę modelu rodziny
propagowanego przez Kościół Katolicki oraz porządku społecznego budowanego
przez bliskie Kościołowi partie polityczne. Autor pisząc o krytycznej
sztuce polskiej lat dziewięćdziesiątych zwraca uwagę na takie jej wątki,
które atakują czy krytykują system władzy, ujawniają podwójną moralność
polskiego społeczeństwa, a także wskazują na kompleksy Polaków.
Można mówić o kilku newralgicznych obszarach, tematach tabu, których
poruszanie przez artystów staje się niebezpieczne, gdyż bezpośrednio
uderza w układ władzy. Są to m.in. tematy związane z cielesnością i
seksualnością, jest to naruszanie religijnych tabu, ujawnianie mechanizmów
kultury konsumpcyjnej, która opanowuje każdą sferę życia, w tym tak
newralgiczne punkty naszej historii, jak Holocaust. Jest to też problem
kanonu ciała użytecznego dla kultury konsumpcyjnej i skazania ciał niedoskonałych
na niewidzialność. Groźne dla władzy jest też kwestionowanie podziału
płci, jak i wszystkich innych z pozoru oczywistych granic i podziałów.
Piotrowski konkluduje: kultura, w tym instytucje artystyczne (muzea,
galerie, krytyka artystyczna), jest obszarem wojny między rzecznikami
konserwatywnego społeczeństwa, którego karykaturalną formułę kultywują
rozmaite parafialne grupy nacisku, a zwolennikami społeczeństwa liberalnego,
wolnego i otwartego, w którym każdy, kobieta i mężczyzna, homoseksualista
i jednostka heteroseksualna, większości i mniejszości narodowe, etniczne,
religijne itp., znajdą miejsce dla swej własnej polityki tożsamości.
Sztuka według polityki, operująca ciałem i problematyką płci, stanowiąca
płaszczyznę negocjacji tożsamości, podejmująca ważkie problemy społeczne,
to sztuka, która rozwija się w Polsce lat dziewięćdziesiątych, w istocie
rzeczy jest awangardą opisanych procesów, stąd analiza konfliktów z
establishmentem w jakie ona wchodzi mówi tyleż o niej samej, co o otoczeniu
w jakim funkcjonuje i w jakim my budujemy własne pozycje.
O podobnych wydarzeniach związanych z próbą blokowania bardziej radykalnych
akcji artystycznych oraz uwikłaniu sztuki w politykę pisze też Ryszard
W. Kluszczyński. Zwraca on uwagę na zmianę, która nastąpiła w Polsce
po 1997 roku, po wyborach parlamentarnych, kiedy władzę w Polsce objęły
ugrupowania konserwatywno-prawicowe. Dyskusje o sztuce są sprowadzane
do dyskusji ideologicznych, atakowana jest sztuka krytyczna, zresztą,
co warte podkreślenia, nie neguje się tylko wartości poszczególnych
dzieł, ale odmawia artystom prawa do swobodnej ekspresji twórczej. Dzieła
sztuki są atakowane przede wszystkim za nieprzystawalność do tradycyjnych
konwencji i norm. Kluszczyński zauważa przy tym obraźliwy charakter
dyskursu na temat sztuki prowadzonego przez konserwatywne i prawicowe
media. Autort przywołuje tu jako przykład tekst Wojciecha Wencla (który
m.in. pełni funkcję członka Rady Programowej Polskiej Telewizji Publicznej,
jest redaktorem kwartalnika Fronda). Dowiadujemy się z tekstu Wencla,
przy okazji piętnowania Grzegorza Klamana, Katarzyny Kozyry, Alicji
Żebrowskiej oraz wszystkich tych, którzy ośmielają się dostrzegać jakąkolwiek
wartość w twórczości inkryminowanych twórców, że miejscem stosownym
dla zwolenników takiej sztuki jest szpital psychiatryczny, a sami artyści
winni być publicznie karani chłostą za swoją twórczość. Kluszczyński
zwraca uwagę, że nic nie tłumaczy tak histerycznej i brutalnej agresji,
z jaką odnosi się wspomniany krytyk do współczesnej sztuki. Nie pada
tutaj porównanie, które nasuwa się każdemu, kto zna z przekazów reakcje
ideologów nazistowskich na twórczość awangardową, określaną jako sztuka
zdegenerowana i próbę jej deprecjonowania, przez takie określenia jak:
płody chorych umysłów oraz postulowanie zamykania samych artystów
w zakładach psychiatrycznych.
Przykłady te pokazują, że sztuka jest sprawą polityczną i wszelkie sposoby
zapanowania nad jej kierunkiem, nadawania jej odgórnie jakiegoś charakteru
czy tworzenie programów artystycznych, tak samo jak próby likwidowania,
deprecjonowania, czy ośmieszania niewygodnej dla danego układu władzy
twórczości, wiążą się zawsze z próbami ograniczania wolności jednostki,
zapanowania nad określonymi sferami jej życia oraz nadawaniem temu życiu
określonego kierunku.
Polityka kulturalna lat dziewięćdziesiątych charakteryzuje się także
swoistą marginalizacją sztuki współczesnej - taką diagnozę stawiają
w dyskusji redakcyjnej Formatu Jaromir Jedliński, Ewa Mikina, Piotr
Piotrowski, Bożena Czubak i Andrzej Saj. Zwracają oni uwagę na krytyczny
stan instytucjonalnego funkcjonowania kultury artystycznej, milczenie
krytyki w sprawach dotyczących miejsca i roli sztuki w życiu publicznym,
traktowanie praktyki artystycznej jako dziedziny działań nie mających
wiele wspólnego z rzeczywistością społeczną i polityczną oraz podtrzymywanie
przekonań, według których sztuka współczesna odbierana jest jako wąski
i mało znaczący margines praktyki społecznej. Wszystko to sprzyja marginalizacji
i komercjalizacji kultury artystycznej.
Według Piotra Piotrowskiego sytuacja ta może wynikać między innymi
z tego, że po 1989 r. w systemie opieki nad kulturą państwo utrzymało
swój monopol, życie publiczne pozostało podporządkowane polityce, a
w hierarchii politycznej, według polityków w Polsce, kultura zajmuje
bardzo niską pozycję. Z tym wiąże się problem niedofinansowania kultury,
zmuszenia instytucji artystycznych do szukania źródeł finansowania w
obszarze komercyjnym, którego reprezentanci, finansując sztukę często
mają na uwadze własny interes. Obawiają się więc często finansowania
kontrowersyjnych działań artystycznych, ryzykownych politycznie, bądź
obyczajowo.
Krytycy w rozmowie na temat kondycji współczesnej kultury artystycznej
zwrócili też uwagę, na funkcjonujące w Polsce przekonanie, że sztuka
najnowsza odbierana jest jako niepoważny wybryk lub traktowana jak luksusowy
dodatek, zaś w informacjach podawanych w mediach artykułowany jest najczęściej
brak akceptacji dla sztuki najnowszej. Brakuje też forum dyskusyjnego
poświęconego współczesnej twórczości. Jaromir Jedliński zauważa, że
w pismach literackich i kulturalnych, preferowany model sztuk wizualnych
jest skrajnie konserwatywny, a wręcz reakcyjny. W pismach tych z akceptacją
pisze się o najnowszych propozycjach z dziedziny literatury, teatru
czy muzyki, jednak wyraźny jest brak zrozumienia dla samej sztuki i
dla jej znaczenia jako istotnego elementu pejzażu kulturalnego. To m.in.
przyczynia się do zaniedbywania spraw sztuki przez administrację państwową.
Brak też programów finansowania i popierania sztuki w Ministerstwie
Kultury. Można mówić o nieprzygotowaniu do transformacji, czego przykładem
może być podejście urzędników administrujących kulturę, którzy kierują
się często własnym gustem i ich subiektywne oceny mają wpływ na decyzje
podejmowane w sprawie kultury.
Dodać można tu na marginesie, na potwierdzenie tego stanu rzeczy wypowiedź
wiceministra kultury Sławomira Ratajskiego z 1999 r., dotyczącą finansowania
udziału Katarzyny Kozyry w Biennale Weneckim 1999 r. Jego postawę można
uznać za przyzwolenie wynikające z braku prawdziwej sztuki. Indagowany
przez nastawionego bardzo negatywnie wobec Kozyry dziennikarza Życia,
Ratajski odpowiada: Ministerstwo Kultury i Sztuki nie ingeruje w dzieło
twórcy. Tym, co się dzieje w sztuce współczesnej końca XX wieku zajmują
się krytycy, specjaliści i odbiorcy. W tym wypadku ujawniło się dzieło,
które jest akceptowane przez świat artystyczny, który to przede wszystkim
uczestniczy w biennale sztuki najnowszej w Wenecji. Biennale to jest
głównie poświęcone awangardzie. Tego nie mogliśmy nie uwzględnić. A
że akurat dzieło Katarzyny Kozyry jest charakterystyczne dla tego, co
dziś jest zaliczane do awangardy, to nie mnie osądzać. Pytany zaś o
własną ocenę pracy Kozyry Ratajski mówi: Pyta mnie Pan, jako wiceministra
kultury i sztuki, więc nie mogę zajmować stanowiska w sprawie dzieła.
Zaraz spotkałoby się to z oskarżeniami o krępowanie wolności wypowiedzi
twórczej i wprowadzanie cenzury. Faktem jest, że Pani Kozyra i jej dzieło
należą do działań, które są najbardziej zgodne z awangardowymi trendami
na świecie. Polska w tym uczestniczy. Jednak cały czas czekamy, że ujawni
się dzieło, które będzie w opozycji wobec takiego trendu i które też
będziemy mogli wspierać (podkreślenie moje). Słowa te świadczą o niechęci
(nawet niezbyt starannie ukrytej) wobec sztuki współczesnej i tolerowaniu
jej tylko dlatego, że odpowiada światowym tendencjom. Kuriozalne wydaje
mi się stwierdzenie Ministra Kultury, który mówi o czekaniu na prawdziwą
sztukę, która będzie odmienna od tych tendencji.
Wracając do rozmowy redakcyjnej Formatu o marginalizacji sztuki, warto
przywołać jeszcze opinię Piotra Piotrowskiego, który widzi też problem
w braku zrozumienia, że kultura przynosi korzyści ekonomiczne, a także
polityczne. Zastanawia się też nad kondycją krytyki artystycznej w Polsce,
nad znikomą jej obecnością w codziennej prasie. O złym stanie prasowej
krytyki mówią też autorzy wspomnianych przeze mnie wcześniej tekstów
na temat dyskusji o moralności w sztuce. Dyskursy krytyczne, które pojawiają
się w prasie, tkwią najczęściej jeszcze w paradygmatach modernistycznych,
nadal część krytyków uważa, że aby pisać o sztuce nie potrzeba wiedzy,
tylko wrażliwości. Jako przykład takiej krytyki podany jest dział kulturalny
Gazety Wyborczej, gdzie rysującą się wizję sztuki określić można jedynie
jako reakcyjną, rodzaj takiej krytyki uprawia przede wszystkim Andrzej
Osęka. W krytyce prasowej panuje kompletna dowolność, niefrasobliwość
w stosunku do tematów, a podawane informacje często mijają się z faktami.
Model krytyka, który upowszechnił się w Polsce, to według Piotrowskiego,
krytyk, który staje się wyrocznią: nie dość, że nie informuje, ale jeszcze
wypowiada opinie, czy oceny, które często niestety graniczą z prymitywizmem.
Wizja sztuki współczesnej, jaka wyłania się z tego rodzaju krytyki,
to według Bożeny Czubak: sztuka zamknięta w getcie ekscentryczności,
pojmowana jako coś niezrozumiałego lub niepoważnego, co miałoby się
brać jedynie z potrzeby bulwersowania. Oprócz profesjonalnej krytyki,
brakuje też w Polsce programów edukacyjnych, które kształciłyby przyszłych
odbiorców sztuki. Wszystko to według biorących udział w dyskusji przyczynia
się do społecznej marginalizacji sztuki.
Zgadzam się z diagnozą sytuacji postawioną przez rozmówców, przynajmniej
jeśli chodzi o stan krytyki, a także o problem marginalizowania sztuki
współczesnej przez państwowe instytucje kultury. Można jednak zauważyć
też rosnącą popularność sztuki współczesnej. Paradoksalnie przyczynia
się do niej konserwatywna prasa, oskarżająca sztukę o łamanie zasad
moralnych. Wywoływane przez nią skandale doprowadzają do zainteresowania
tą sztuką szerszego grona odbiorców. Sztuka ta, m.in. twórczość Katarzyny
Kozyry (atakowana chyba najczęściej) zyskuje sobie większe rzesze odbiorców
niż kiedykolwiek wcześniej. Dyskusje na jej temat nie ograniczają się
tylko do kręgów artystycznych. Szeroko pojęta publiczność przestaje
być obojętna na sztukę, bywa, że twórczość staje się sprawą wagi państwowej
(jak pokazały dyskusje przed udziałem Kozyry na Weneckim Biennale, gdzie
adwersarzom nie podobało się właśnie to, że Kozyra będzie reprezentować
w Wenecji nasz kraj ). Pamiętajmy cały czas, że chodzi o sztukę krytyczną
i to, że potrafi ona wywołać tak ostre dyskusje świadczy właśnie o sile
jej krytyki.
O problemie krytyki w kontekście sztuki lat dziewięćdziesiątych pisze
też Krzysztof Jurecki w tekście opublikowanym w kwartalniku EXIT. Negatywny
obraz krytyki rysuje on jednak z całkowicie innej pozycji, mianowicie
dostrzega zagrożenie głównie w tendencjach postmodernistycznych, których
on sam nie aprobuje. Pisze, że krytyka lat dziewięćdziesiątych walczy
o prawo dla tzw. buntowników moralnych i artystów nazywających samych
siebie niezależnymi. Takie uwikłanie powoduje niestety pisanie tekstów
na zamówienie, dopasowywanie ich, jak ma to miejsce w przypadku Magazynu
Sztuki, do określonej linii programowej. Właściwie cały atak Jureckiego
na współczesną krytykę sztuki związany jest właśnie z nieakceptowaniem
przez niego programu Magazynu Sztuki. Jego krytyka jest raczej spowodowana
osobistymi pobudkami, gdyż jak sam przyznaje przeprowadzony przez niego
wywiad z Konradem Kuzyszynem nie został dopuszczony tam do druku. Skupiając
się na tym piśmie, Jurecki nie zauważa uwikłań dotyczących krytyki artystycznej,
pojawiającej się w czasopismach literackich, czy codziennych gazetach,
o których mówili uczestnicy dyskusji redakcyjnej Formatu na temat
marginalizacji sztuki. Przeciwny jest on także działaniom krytycznym
obecnym w krytyce. Pisze on: Osobiście nie akceptuję frazeologii feministek
zajmujących się krytyką, czy interpretacji sięgającej stylistyki i odwołań
biblijnych w przypadku takich artystów, jak Grzegorz Klaman, czy Katarzyna
Kozyra. Według niego moda na postmodernizm powoduje, że krytycy przyznają
artystom bezgraniczna wolność. Poza tym postmodernistyczny punkt widzenia
powoduje, według Jureckiego, rezygnację z wymiaru ontologicznego, który
przez tysiąclecia był podstawą artystycznej działalności człowieka.
Nie dopowiada on jednak, co rezygnacja ta oznacza. Trudno bowiem zgodzić
się z tym twierdzeniem, nie popartym żadnym przykładem. Szansę dla artystów
i krytyków widzi w zmaganiu się z nową jakościowo sferą wizualną, jednak
na obszarze tych działań dochodzi do przekroczenia smaku artystycznego
(przykładem ma być sztuka Libery), a także zdrowego rozsądku. W całym
tym tekście Jurecki operuje romantycznymi mitami i tęsknotami, pisząc
np., że nie ma obecnie miejsca dla artystów wyrażających odwieczne pragnienia
egzystencjalne, zmagających się ze znojem życia, tworzących czy też
dążących do tworzenia sztuki w dawnym paradygmacie artystycznym, do
którego należał np. Pablo Picasso, prowadzący dialog z dawną tradycją
artystyczną. Zapewne Jurecki nie zna wypowiedzi Picassa, że sztuka nie
jest po to, by dekorować ściany, ale żeby poruszać, zmuszać do zastanowienia.
Według Picassa artysta jest czy też powinien być istotą polityczną,
bez przerwy czujną na wydarzenia tego świata - rozdzierające, namiętne
lub spokojne, istotą, która w swym całokształcie formułuje się na ich
podobieństwo . Bo właśnie sztuka ma prawo stawiania trudnych pytań,
dawania świadectwa otaczającej nas rzeczywistości, a to właśnie odpowiada
postawie artystów współczesnych uprawiających sztukę krytyczną, której
jednak Jurecki nie akceptuje.
Autor tekstu uważa ponadto, że krytyka artystyczna powinna nie tyle
bronić upadłych artystów, których z racji modnych konwencji jest coraz
więcej, co postulować określone wartości - kulturowe, artystyczne, filozoficzne
w rozumieniu tradycji judeochrześcijańskiej, czy wielkich religii Tego
Świata. Rysuje on więc wizję sztuki i krytyki, które pozostają na usługach
religii i zajmują się jedynie sprawami duchowymi, dlatego tak bardzo
przeciwstawia się estetyce postmodernizmu, która według niego prowadzi
na artystyczne manowce.
Zarysowane powyżej, na przykładzie dyskusji o krytyce sztuki w latach
dziewięćdziesiątych, odmienne poglądy na sztukę i krytykę są symptomatyczne
dla krytyki artystycznej tej dekady. Już na przykładzie ostatnich dwóch
tekstów oczywista staje się polaryzacja poglądów na sztukę. Z jednej
strony krytycy zauważają próby marginalizacji, banalizacji sztuki współczesnej,
domagając się jednocześnie uznania dla niej, z drugiej - operuje się
dużo prostszymi schematami, według których określa się sztukę i krytykę.
Są to: tradycja, duchowość, do których sztuka powinna się jakoby odnosić,
a to, że się nie odnosi świadczyć ma o jej upadku. W wypowiedziach Jureckiego
oraz innych krytyków, nieprzychylnych sztuce współczesnej, których przykłady
przytoczę później uwidacznia się modernistyczne przekonanie o sztuce
jako autonomicznym bycie i dlatego, według niektórych krytyków sztuka
krytyczna, a więc twórczość zaangażowana, uwikłana w problematykę społeczną,
polityczną, formułująca komentarze i krytykę na temat współczesnej rzeczywistości,
nie mieści się już w kategorii samej sztuki. Najprostszym chwytem stosowanym
przez niechętnych twórczości krytycznej komentatorów jest właśnie odmawianie
jej miana sztuki. Na to zjawisko wskazuje też Griselda Pollock w książce
Differencing the Canon. Feminist Desires and the Writing of Art Histories.
Autorka zwraca uwagę, że tradycja i hierarchia funkcjonowały w historii
sztuki jako narzędzia nie tylko wykluczenia, ale i neutralizacji tego
wykreślającego dyskursu, za którym kryła się społeczna i polityczna
hegemonia uprzywilejowanej grupy. Podobnie współczesne teksty głoszące
kryzys sztuki, upadek moralny i niemożność identyfikacji współczesnego
podmiotu neutralizują w gruncie rzeczy dyskurs uniwersalnego podmiotu.
Głosząc kryzys, wyrażają nadzieję, że sytuacja wróci do normy i podmiot
ów odzyska swoją utraconą pozycję. A że wydaje się to niemożliwe, że
nastąpiła już śmierć uniwersalnego podmiotu, krytycy współczesnej
kultury próbują zatrzymać chociaż dawny sens sztuki i dlatego nie zgadzają
się z określaniem współczesnej twórczości mianem sztuki. Griselda Pollock
pisze, że strategie mówienia o złej sztuce, która zastępuje prawdziwą
sztukę, o polityce w miejsce sztuki, o partyzantce w miejsce uniwersalnych
wartości, a więc odmawiania rangi sztuki nurtowi dokonującemu dekonstrukcji
uprzywilejowanej pozycji centrum są strategiami obrony uprzywilejowanego
i dominującego centrum, którą zajmuje najczęściej biały, męski, heteroseksualny
podmiot, który swą pozycję potwierdza autorytetem tradycji i kanonu.
Pomijane są natomiast pytania o sens sztuki współczesnej, o nowe sposoby
konstruowania podmiotu oraz o problemy, na jakie naprowadza nas krytyczna
twórczość. W kontekście rozważań Griseldy Pollock sens sztuki krytycznej
nabiera dodatkowego znaczenia w kontekście kondycji współczesnej kultury
- jest to bowiem twórczość podważająca uniwersalny układ wartości, krytycznie
odnosząca się do tradycji historii sztuki, odnajdująca w tej tradycji
sankcjonowanie przemocy jednego, wykluczającego różnorodność sposobu
widzenia i opisywania świata.
We współczesnej krytyce polskiej można zaobserwować dwie wyraźne opcje
poglądów na sztukę. Ten podział w pewnym sensie odzwierciedla antagonizm
między postawami modernistycznymi a postmodernistycznymi. Jednak dokładniej
jest to podział pomiędzy artystami i krytykami hołdującymi tradycji
artystycznej i narodowej, wierzącymi w istnienie jedynej Prawdy, a
artystami wyrażającymi za pomocą nietradycyjnych środków wyrazu krytykę
otaczającej nas rzeczywistości oraz zainteresowanymi tą twórczością
krytykami (rzeczywiście skupionymi głównie wokół pisma Magazyn Sztuki).
Pojawiają się tu kolejne napięcia. Konserwatywni krytycy uważają, że
sztuka współczesna uderza w wartości chrześcijańskie. Warto zauważyć,
że tak ostro sprzeciwiając się tej sztuce, krytycy ci wpisują się także
w polityczne napięcia: bowiem polski katolicyzm służy za podporę dla
prawicowych partii, wykorzystywany jest do podniesienia ich autorytetu.
Dlatego dyskusje wokół sztuki stają się dyskusjami stricte politycznymi.
Wpisują się w szerszy kontekst dyskusji na temat wolności i jej granic,
które prowadzone są w Polsce przy takich okazjach, jak m.in.: dyskusje
na temat ustawy antyaborcyjnej oraz blokowania wychowania seksualnego
w szkołach, oskarżenia formułowane przez środowiska prawicowe i akcje
katolickie o obrażanie uczuć religijnych, najczęściej dotyczące zjawisk
w kulturze popularnej oraz w sztuce czy próby wprowadzenia całkowitego
zakazu pornografii. Prowadzony jest więc spór o kształt państwa - państwa,
które według prawicowych polityków decydować powinno za obywateli, co
jest dla nich dobre, a co złe (przykładem może tu być propozycja całkowitego
zakazu pornografii), które odbiera możliwość wyboru (funkcjonujący od
1993 r. zakaz aborcji), czy wreszcie decyduje, jaka sztuka jest dla
społeczeństwa dobra, a jakiej nie powinno ono oglądać (dzieje się to
poprzez zjawiska cenzury niektórych wydarzeń w życiu artystycznym).
Spór toczy się więc o to, na ile nasze społeczeństwo jest społeczeństwem
w pełni demokratycznym. Przeczy temu fakt, że próbuje się nim manipulować,
narzucić model państwa, które sprawuje nad społeczeństwem kontrolę,
które zmuszane jest do podporządkowania się wartościom większości (w
przypadku społeczeństwa polskiego jest to katolicyzm), gdzie brakuje
szacunku i tolerancji dla odmiennych postaw i światopoglądów. Sztuka
otwarcie krytykująca taki model państwa, sprzeczny z zasadami demokracji,
napotyka więc tutaj na ogromny opór, stąd próby jej blokowania, ośmieszania,
odmawiania jej jakiejkolwiek wartości, stąd też podkreślanie, że sztuka
ta jest niezrozumiała oraz, że jest trudnym do przyjęcia ekscentryzmem.
Problem cenzury artystycznej
Osobnym problemem w latach dziewięćdziesiątych stało się funkcjonowanie
w nowej sytuacji rynkowej instytucji artystycznych oraz pojawienie się
w związku z tym cenzury obyczajowej.
Przełom roku 1989 traktowany jest jako data uzyskania przez Polskę wolności,
zamknięcia okresu komunistycznego. Oznacza zarazem zwrotu ku gospodarce
rynkowej oraz wejście w kulturę konsumpcyjną. Należy pamiętać o silnych
napięciach politycznych związanych z rolą Kościoła Katolickiego w historii
PRL-u, jak i współcześnie. Kościół był tu traktowany jako strażnik wartości
moralnych, obszar dający możliwość swobodnego wypowiadania się oraz
jako jeden z najważniejszych elementów, które doprowadziły do upadku
komunizmu. Obecnie Kościół Katolicki także odgrywa znaczącą rolę w życiu
politycznym, jest elementem opiniotwórczym, ma status autorytetu moralnego.
To przy jego wsparciu wprowadzane są ograniczenia wolności osobistej,
takie jak m.in.: zakaz aborcji, wprowadzenie religii do szkół publicznych,
blokowanie wychowania seksualnego w szkołach, proponowany całkowity
zakaz pornografii. To właśnie partie prawicowe domagają się cenzury
na obszarze kultury masowej, a także na obszarze samej sztuki.
Cenzura sztuki istniejąca w Polsce powojennej wciąż zmieniała swoje
oblicze. W okresie realizmu soceralistycznego, gdy wszelką twórczość
podporządkowano propagandowym potrzebom partii, drastycznie ograniczono
swobody twórcze i artyści, którym nie odpowiadało przyjęcie sztywnych
ideologicznych reguł socrealizmu w sztuce, skazani zostali na całkowite
milczenie. Po roku 1954 zaczął działać skomplikowany system kontroli,
polegające na nie preferowaniu, nie finansowaniu, nie przyznawaniu nagród
artystom, którzy wyłamywali się z ogólnie przyjętego systemu ograniczonych
swobód artystycznych, a nad wszelką twórczością artystyczną czuwał Urząd
Kontroli Prasy, Publikacji i Widowisk. W efekcie w sztuce PRL-u niemożliwe
było wyrażenie wprost jakiejkolwiek krytyki systemu. Jak pisze Paweł
Leszkowicz: władza poprzez prawa mecenatu zawsze produkowała, stymulowała
korzystną dla siebie sztukę, zgodnie ze swoją ideologią. Z drugiej strony
polscy artyści plastycy posiadali stosunkowo duże swobody twórcze, na
co zwraca uwagę Piotr Piotrowski, pisząc, że cieszyli się oni takimi
swobodami, jakich nie doświadczali artyści innych państw bloku sowieckiego.
Autor opisując tą sytuację używa określenia Harasztiego aksamitne więzienie,
pisząc, że inteligentni twórcy mogliby znaleźć w tej sytuacji szansę
buntu. Jednak tym, co najbardziej uniemożliwiło krytykę socjalistycznej
rzeczywistości, było według Piotrowskiego przywiązanie do kategorii
modernistycznych, gdzie sztuka traktowana jest jako autonomiczny byt;
wydzielony z praktyki społecznej i politycznej. Bezpośrednie zaangażowanie
się sztuki kojarzyło się z socrealizmem, stąd niechęć do sztuki poruszającej
problematykę społeczną oraz przywiązanie do autonomii dzieła. To właśnie
sztuka autonomiczna traktowana była jako sztuka wolna, na zasadzie antytezy
socrealizmu. Istniało też zjawisko autocenzury artystów. Dotyczyło to
także niechęci do adaptowania na polski grunt postaw kontestatorskich
w sztuce, zwłaszcza takich, które wyrażały krytykę społeczną i polityczną,
które wykorzystywały sztukę do generalnego kwestionowania kultury i
struktury władzy. W sztuce okresu PRL-u dominował więc kult wartości
pikturalnych, których najbardziej wyraźnym przykładem był koloryzm.
Kult koloryzmu i piktorializmu widoczny był też w metodach kształcenia
akademii artystycznych. Rezultatem tego stanu, a więc zarówno koncepcji
autonomii sztuki, jak i dominacji piktorializmu, była eliminacja jakiejkolwiek
sztuki krytycznej, która angażowałaby się w politykę, która odnosiłaby
się do aktualnej rzeczywistości. Jak konstatuje swe rozważania Piotrowski:
w perspektywie przełomu lat pięćdziesiątych i początku lat sześćdziesiątych,
paradoksalnie, rewolucyjna sztuka odwilży, sztuka, która w istocie była
przeciwko władzy komunistycznej, stała się konserwatywną tradycją wspierającą
komunistyczny reżim w jego zmodernizowanej, poststalinowskiej fazie.
Zauważyć tutaj warto, że tradycja sztuki uniwersalnej i autonomii dzieła
sztuki przetrwała do dzisiaj. Myślenie to uwidacznia się szczególnie
w wypowiedziach krytyków, zwracających się przeciwko sztuce zaangażowanej
- sztuce krytycznej. Ten rodzaj twórczości pozostaje wciąż dla wielu
odbiorców niezrozumiały, ewentualnie traktuje się go jako sztukę drugiej
kategorii w odniesieniu do twórczości prawdziwej, a więc operującej
uniwersalnymi wartościami, będącej ponad współczesnymi politycznymi
i społecznymi dyskusjami. Wydaje się to być właśnie konsekwencją myślenia
o sztuce w Polsce przed 1989 r.
Po 1989 r. sztuka zaczęła funkcjonować w gospodarce rynkowej, dlatego
też przed instytucjami artystycznymi pojawił się nowy problem: wydawania
pieniędzy podatników, a także następny problem: uwikłania artysty w
sytuację rynkową. W kulturze kapitalistycznej sztuka zależna jest przede
wszystkim od wielkich sponsorów i ich upodobań. To, że w dziedzinie
polityki granice tolerancji są większe, nie znaczy, że cenzura jest
mniejsza - choć występuje najczęściej w zupełnie innych formach. Przesuwa
się bowiem w sferę obyczajową. I tak np. niebezpieczna jest dla sponsorów
sztuka podejmująca brudne tematy i drażliwe treści, naruszająca przyjęte
normy moralne, ujawniająca często funkcjonowanie społeczeństwa konsumpcyjnego
i pojawiające się w nim zależności. Sztuka zależna jest bowiem od potentatów
finansowych i związanych z nimi polityków, a ci nie chcą inwestować
w coś, co może być niejednoznaczne lub niewygodne dla ich linii politycznej,
zagrozić im interesom. Taka sztuka jawi się jako zagrożenie dla państwa,
zwracając uwagę na takie aspekty danego systemu, które opierają się
m.in. na niesprawiedliwości, wykorzystaniu ludzkiego potencjału, próbach
manipulowania społeczeństwem, braku tolerancji dla innych. Sztuka krytyczna
jest więc uwikłana w sposób bezpośredni, lub pośredni w politykę. Formułowana
przez nią krytyka spotyka się często z próbami jej blokowania, a nawet,
co można pokazać na przykładzie sytuacji polskiej ostatniej dekady z
działaniami cenzorskimi.
Punkty zapalne
We współczesnych dyskusjach na temat sztuki akcent został przesunięty
na sferę obyczajową. Coraz częściej obrońcy moralności ingerują w
kulturę artystyczną, blokując bardziej kontrowersyjne działania artystyczne,
doprowadzając np. do zamknięcia wystaw, czy wpływając na kreatorów życia
artystycznego, aby ci nie wystawiali niewygodnej sztuki, bo może wiązać
się to z reperkusjami, takimi, jak np. usunięcie ze stanowiska, lub
odebranie dotacji.
Instytucje artystyczne, zależne od sponsorów, albo częściowo jeszcze
działające jako państwowe, zmuszone są do brania pod uwagę tzw. opinii
publicznej. Pojawiły się w związku z tym działania ograniczające pokazywanie
najbardziej drażliwych społecznie tematów.
Zaobserwować można zjawiska autocenzury w instytucjach artystycznych,
dotyczącej przede wszystkim sfery religijnej i obyczajowej. Można tu
mówić o próbie wyeliminowania ze sfery widzialności problemów dotykających
newralgicznych punktów naszej kultury: jak reinterpretacja symboli religijnych,
naruszenie norm związanych z pokazywaniem ciała i mówieniem o seksualności
człowieka, a także najbardziej drażliwych punktów naszej historii, jak
Holocaust.
Incydentem, który ujawnił funkcjonowanie w obszarze artystycznym cenzury
było niedopuszczenie na wystawę Andreasa Serrana, która miała miejsce
w 1994 r. w Centrum Sztuki Współczesnej przy Zamku Ujazdowskim w Warszawie,
jednej z jego prac: "Piss Christ", gdzie krucyfiks sfotografowany
został w pojemniku z uryną. Nie mieliśmy tu jednak do czynienia z funkcjonowaniem
jakiejś instytucji cenzorskiej. Wspomnianą pracę polecił przenieść do
magazynu sam dyrektor Centrum Wojciech Krukowski, nie zgadzając się
nawet, jak chciał Serrano, na umieszczenie pracy na wystawie i zasłonięcie
jej czarnym płótnem. Wszystko odbyło się więc zgodnie z logiką cenzury
opisaną przez Foucaulta: w tym wypadku zakaz występuje pod trzema postaciami:
stwierdzenia, że coś nie jest dozwolone; przeszkodzenia, by zostało
powiedziane; zaprzeczenia, że istnieje. Formy na pozór trudne do pogodzenia.
Wymyślono jednak swego rodzaju logiczny łańcuch, charakterystyczny (..)
dla mechanizmów cenzury: łączy on nie istniejące z nielegalnym i niewyrażalnym
w taki sposób, że każde z nich stanowi jednocześnie zasadę i skutek
drugiego; o zakazanym nie należy mówić, dopóki nie zostanie usunięte
z rzeczywistości; nie istniejące nie ma prawa do jakiejkolwiek manifestacji,
nawet w porządku słowa oznajmiającego jego istnienie; a to, co powinno
być przemilczane, wygnane zostaje z rzeczywistości niczym coś w pełni
zakazanego. Wspomniana cenzura nie dotyczyła wizualnej sfery pracy pt.
"Piss Christ", którą jest krucyfiks, lecz tego, że przedmiot
przedstawienia został sfotografowany zanurzony w warstwie uryny. Emocje
wywołał użyty tutaj materiał, a więc płyn fizjologiczny. Obrazoburcze
musiało wydać się zestawienie tych dwóch elementów: religijnego symbolu
i niegodnego go plugawego płynu, jakim jest mocz. Fakt ten ujawnia,
jak bardzo w świadomości społeczeństwa zakorzeniony jest strach przed
naruszaniem religijnych oraz związanych z fizjologią człowieka obszarów
tabu.
Ciekawe jak bardzo w świadomości społeczeństwa, którego przedstawicielem
był tu dyrektor Centrum i jednocześnie cenzor, zakorzeniony jest strach
przed naruszaniem religijnych oraz związanych z cielesnością człowieka
tabu. Można mówić tu o systemie władzy, nie pozwalającym przekroczyć
ani jednej, ani drugiej sfery. Jedną z taktyk władzy jest właśnie cenzura,
której według Foucaulta, przypisujemy fundamentalną rolę, jest zakazem
nie tylko wypowiadania się, ale i myślenia.
Pojawia się tutaj także problem instytucji artystycznych, które nie
funkcjonują przecież niezależnie od politycznych układów. Decyzji Wojciecha
Krukowskiego broni w przywołanym już tutaj tekście Aneta Szyłak, pisząc:
Dyrektor Centrum Sztuki działał tu nie tylko w obronie swojego stanowiska,
ale także w obronie instytucji, która wielokrotnie już była atakowana
ze względu na fakt, iż kilkakrotnie pojawiały się tam prace budzące
różnego rodzaju kontrowersje. Obawa brała się z faktu, iż większość
społeczeństwa to katolicy. W tym kontekście, jak mniemano nie bez racji,
Piss Christ nie może liczyć na racjonalny odbiór. Jednak w kontekście
wcześniejszych rozważań na temat tego, że spór o sztukę jest w gruncie
rzeczy sporem politycznym o kształt państwa, zastanawia, co może oznaczać
decyzja odmówienia społeczeństwu prawa do oglądania pracy, dlatego,
że jak się przypuszcza, może ona wywołać protesty katolików. Ujawnia
się zresztą tutaj uleganie presji większości i odmawianie odbiorcom
prawa do własnej oceny. Zrozumiałe jest, że dyrektor Centrum Sztuki
Współczesnej musi stać na straży instytucji, szczególnie, że ówczesne
ataki na Centrum groziły nawet zlikwidowaniem tej instytucji. Zastanawia
jednak, czy nie powinien stać także na straży wolności artystycznej.
Silna presja, której uległ Krukowski, wycofując pracę Serrana, świadczy
przede wszystkim o słabym statusie sztuki w naszym społeczeństwie oraz
jest przykładem ograniczania wolności artystycznej ze względu na podporządkowanie
się interesom większości, a więc katolików.
Przykład ten ujawnia siłę polskiego katolicyzmu i jego oddziaływanie
na obszar kultury. Jak zauważa Piotr Piotrowski, obecny w życiu publicznym
katolicki fundamentalizm manifestowany jest nie tylko przez hierarchię
Kościoła Katolickiego, ale także przez partie polityczne szukające jego
poparcia i chroniące się pod jego autorytetem. Wiąże się to z nowymi
zagrożeniami dla wolności jednostki. O zagrożeniach tych świadczą przykłady
z kultury popularnej, gdzie sfera religijna traktowana jest jako nietykalna.
Wszelkie odstępstwa od tej reguły traktowane są jako naruszenie norm,
obraza uczuć religijnych. Mam tu na myśli chociażby zaskarżenie Jacka
Jaroszyka, kierownika poznańskiego kina w Centrum Kultury Zamek za
wyświetlanie filmu pt. "Ostatnie Kuszenie Chrystusa" przez
przedstawicieli poznańskiego Zjednoczenia Chrześcijańsko-Narodowego.
Przykład ten pokazuje specyficzne podejście obrońców moralności. Film
jest historią raczej apokryficzną, niż obrazoburczą, jednak reprezentujący
ZChN Marek Jurek, wnosząc oskarżenie oświadczył, że choć filmu nie widział
i nie ma zamiaru go oglądać, czuje się w swych uczuciach religijnych
obrażony. Podobnie niezrozumiała była afera wokół przedstawienia Matki
Boskiej w masce gazowej umieszczonej na okładce tygodnika "Wprost"
(21.08.94), która była ilustracją do raportu o skażeniu środowiska naturalnego
w Polsce. Intensywnie atakowane było też wyświetlanie w polskich kinach
filmu Ksiądz, tylko dlatego, że główny bohater był homoseksualistą.
O tyle przykłady te w kontekście omawianej pracy wydają mi się interesujące,
że nie następuje w tych przedstawieniach krytyka religijności czy zbezczeszczenie
symboli religijnych, a tylko przekroczenie pewnych estetycznych przyzwyczajeń
widzów związanych z religijną symboliką. Jednak, jak pisze Piotr Piotrowski:
ze szczególną intensywnością Kościół oraz związane z nim kręgi polityczne
dopatruje się znamion świętości w tych elementach kultury masowej, które
dotykają religijnych instytucji i symboli. Te symbole stały się swoistym
obszarem tabu w naszej kulturze - obszarem nietykalnym. Przykłady tropienia
obrazy uczuć religijnych świadczą o politycznej sile Kościoła w Polsce
i związanych z nim partii. Władza ta doprowadziła m.in. do dodania klauzuli
do ustawy o środkach masowego przekazu o konieczności respektowania
wartości chrześcijańskich. Specyficznej cenzurze, polegającej na unikaniu
kontrowersyjnych tematów oraz nie pokazywaniu filmów czy programów,
które mogłyby narazić na oskarżenia o naruszanie uczuć religijnych
zostały poddane więc media, głównie telewizja i czasopisma. Zadziałał
tu skomplikowany system ataków, nacisków i pojawiających się wciąż oskarżeń.
Także te przykłady świadczą o dążeniach do ograniczenia wolności jednostki,
odebrania jej prawa do własnych etycznych i estetycznych opinii. Co
ciekawe społeczeństwo nie protestuje przeciwko takiemu ograniczaniu
wolności. Można zaobserwować tutaj zjawisko, które opisał w książce
pt. Wolność Zygmunt Bauman, zwracając uwagę, że jednostki dobrowolnie
zrzekają się prawa do indywidualnej wolności na rzecz grupy. Choć Bauman
o tym nie pisze, można zaryzykować tezę, że w przypadku naszego społeczeństwa
tą grupą są właśnie katolicy. Według Baumana takie podporządkowanie
się grupie jest jedną z cech społeczeństwa konsumpcyjnego: Nie stać
cię na indywidualizm? Za ciężko poruszać się o własnych siłach? Zbyt
dokuczliwe jest brzemię osobistej odpowiedzialności? Jest na to rada
- zrzecz się wolności własnej (która i tak jest ciężarem tylko). Zamiast
budować mozolnie własną tożsamość, broń grupy, do której należysz, a
która twą tożsamość za ciebie określi, innych zaś zmusi do tego, by
ją uszanowali. To samo społeczeństwo konsumpcyjne, które czyni ludzi
wolnymi, samoistnymi jednostkami, rodzi też nastroje plemienne i do
indywidualności zniechęca. Zagrożeniem opisanego przez Baumana społeczeństwa,
obawiającego się uszanowania indywidualnej wolności, tego, by stała
się ona praktycznym udziałem każdego człowieka jest ucieczka przed
wolnością.
Podobne mechanizmy cenzury i blokowania bardziej kontrowersyjnych akcji
znajdziemy też na obszarze polskiej sztuki współczesnej. Artystą, który
analizuje polski katolicyzm jest Robert Rumas. W pracach, takich jak:
Dedykacje 1992, Termafory 1994, 300 słoików 1994, Holy Mother
1994, materiałem są figurki Matki Boskiej oraz inne dewocjonalia, prawie
zawsze opakowane, zamknięte w słoikach, akwariach. Prace te odwołują
się do banalności dewocjonaliów, tanich i kiczowatych przedmiotów traktowanych
przez część katolików z niebywałym szacunkiem (fot.18). Rumas krytykuje
tutaj powierzchowność polskiego katolicyzmu, polegającą na przywiązywaniu
największej wagi do zewnętrznych znaków i symboli, a na dalszy plan
spychającą przestrzeganie jego zasad.
Prace Rumasa przez część polskiej krytyki zostały odczytane jako chęć
prowokacji. Andrzej Osęka pisał w Gazecie Wyborczej, że widać natrętny
wysiłek twórcy, żeby za wszelką cenę szokować, obrażać uczucia, profanować
świętości. W pracy pt. Termafory wystawionej w 1994 r. w centrum Gdańska
artysta pokazał wykonane z plastiku i napełnione wodą pojemniki, w których
umieszczone były gipsowe figurki Chrystusa i Matki Boskiej, które można
kupić w każdym sklepie z dewocjonaliami. Praca ta uległa zniszczeniu
w kilkanaście minut od jej umieszczenia na głównym deptaku miasta. Zniszczenia
dokonali anonimowi przechodnie, którzy rozpruli worki, wydobyli z nich
figury, które następnie zanieśli do biur gdańskiej kurii. Ludzie ci
działali w przeświadczeniu, że dokonano bluźnierstwa i tylko przez oddanie
figur do właściwego im miejsca (kościoła) można dokonać ich uratowania.
Nie uszanowano tu prawa artysty do własnej artystycznej wypowiedzi,
zdegustowany tłum stał się w tym przypadku cenzorem sztuki, gdyż ta
została odczytana jako sprzeczna z jego poglądami. To działanie anonimowego
tłumu ujawniło właśnie siłę dewocjonaliów, władzę religijnych symboli
w świadomości katolików, ukazało też powierzchowność religijnych przekonań
ludzi, którzy poczuli się nią urażeni. Wydobyta została na jaw także
władza katolicyzmu, nie dopuszczającego do jakiejkolwiek krytyki, likwidującego
jakiekolwiek przejawy niezgodnego dla siebie sposobu myślenia. Ujawniła
się też władza religijnych wyobrażeń, które w opinii tłumu stają się
tożsame ze świętościami, które ukazują. Rumas poprzez swą sztukę chce
mówić o zniewoleniu, mówi on: To próba wyzwolenia, wyjścia na zewnątrz,
próba dyskursu. Uważam, że w Polsce ludzie są ciągle wewnętrznie zniewoleni,
boją się polityki, seksu, religii. Boją się przede wszystkim Kościoła.
Można zauważyć też, że boją się sztuki, która ujawnia działanie władzy
na wspomnianych przez Rumasa obszarach, dlatego ceną próby, którą artysta
podejmuje może być nawet zniszczenie dzieła sztuki.
Na marginesie warto zauważyć, że często przytaczane są w słowach krytyków
przychylnych sztuce krytycznej sformułowania o wolności artystycznej.
Nad jej granicami zastanawiała się m.in. Ewa Mikina relacjonując wydarzenia
związane z wystawieniem i zniszczeniem Termaforów. Ujawnia się tu
siła modernistycznych mitów i idei. Warto się bowiem zastanowić, czy
sformułowanie to w kontekście działań krytycznych i politycznych ma
jeszcze swój dawny sens. Mit wolności artysty związany był z wyniesieniem
artysty ponad społeczeństwo, tutaj zaś mamy do czynienia z otwartą krytyką
tego społeczeństwa. Tłum, który przeszedłby obojętnie wobec pracy Rumasa
ukazałby bezsens podjętego przez niego wysiłku.
Ataki dotyczyły prac nie tylko naruszających obszary religijnego tabu
w naszym społeczeństwie, ale także eksponujących cielesność i seksualność,
ujawniających podwójne standardy moralne zakorzenione w naszym społeczeństwie,
a także krytycznie odwołujących się do naszej tradycji. Warto tutaj
przytoczyć kilka przykładów pokazujących, dlaczego niektóre prace, czy
wystawy wzbudzały takie kontrowersje.
Wymienić można tu m.in. ataki na wystawę Antyciała, która odbyła
się w Centrum Sztuki Współczesnej w Warszawie na przełomie lipca i sierpnia
1995 r. Wzięli w niej udział m.in. Alicja Żebrowska, Katarzyna Kozyra,
Katarzyna Górna, Grzegorz Klaman, Robert Rumas, Zbigniew Libera, Piotr
Wyrzykowski, Konrad Kuzyszyn, Paweł Althamer, Grzegorz Szwiertnia, Piotr
Jaros. Według organizatorów tej wystawy - Roberta Rumasa i Ewy Gorządek,
intencją pokazu było zwrócenie uwagi na napięcia pomiędzy ciałem obecnym
w twórczości młodych artystów a rzeczywistością, z którą sztuka ta stara
się nawiązać dialog. Tytuł Antyciała sugeruje napięcie, jakie obserwuje
się na styku tej artystycznej świadomości ciała i prowokującej ją polskiej
realności. Sądzę, że ważne jest tutaj właśnie zwrócenie uwagi na polski
kontekst, na wykreślanie z przestrzeni publicznej dyskursów cielesności.
Mam tu na myśli m.in. odebranie kobietom prawa do aborcji, brak oświaty
seksualnej, traktowanie seksualności jako przynależnej wyłącznie do
obszaru prywatnego, ale z drugiej strony ingerowanie w ten obszar przy
pomocy nakazów i zakazów - czynienie więc z ciała i seksualności obszaru
politycznych manipulacji, zaanektowanie ich przez władzę i jej potrzeby.
Właśnie w kontekście tych napięć politycznych odczytać można tytuł wystawy:
Antyciała.
W recenzji tej ekspozycji Małgorzata Lisiewicz pisze, że ta ukazała
ona fascynację ciałem wśród młodych twórców, a także ujawniła postawy
sprzeciwu i niezgody. Ciało zostało bowiem ukazane jako przedmiot kontroli
i manipulacji, a człowiek jako poddany nieustannej presji rzeczywistości.
Ciało stało się tutaj także szczególnym miejscem wyrażania własnej tożsamości
i poszukiwania własnego obszaru wolności. Lisiewicz krytycznie odnosi
się jednak do wspomnianych twórców, zarzucając im tendencje uniwersalistyczne
- ciało, według niej, występuje w ich sztuce jako absolut, brakuje zaś
dekonstrukcji znaczeń związanych z cielesnością. Według niej prezentowane
tu prace to wyznanie wiary w wartości trwałe i niezmienne, w obiektywizm
doświadczeń artysty i istnienie prawdy. Podsumowując wystawę Lisiewicz
zauważa też, że sztuka młodych artystów jest jednak świadectwem rodzącej
się potrzeby głośnego wypowiadania drażniących nas bolączek, tych najbardziej
newralgicznych i niepokojących naszą konserwatywną mentalność: problem
religii i kościoła (Katarzyna Kozyra), miejsce kobiety w polskiej współczesności
(Alicja Żebrowska), problem innego w naszej świadomości (Robert Rumas),
człowiek w systemach władzy (Grzegorz Klaman), złożoność, względność
naszej autoidentyfikacji (Piotr Wyrzykowski) i inne.
Pojawiły się też inne, bardziej krytyczne odczytania wystawy, przywołać
można tu komentarz Piotra Kopszaka, który napisał, że ciało współcześnie
jest traktowane jako odtrutka do zwalczania szkodliwych efektów współczesnej
cywilizacji. Przedsięwzięcie wystawy uznał za nieudane, zarzucając artystom,
że wśród rozmaitych postaw wobec ludzkiego ciała, brak jednej - szacunku,
a za całkiem zrozumiałą uznał niechęć do oglądania rzeczy ze swej natury
nieprzyjemnych.
Ataki na Antyciała dotyczyły przede wszystkim wystawienia tam kontrowersyjnej
pracy Alicji Żebrowskiej pt. Grzech Pierworodny (fot.81-86). Podjęto
próbę zablokowania wystawy i uniemożliwienie jej prezentacji za granicą,
a także odmówienie dotacji przez znaną fundację - wszystko to powiązane
było z rzekomym przekroczeniem norm obyczajowych, dokonanym przez niektórych
artystów. Aneta Szyłak pisze, że te próby zablokowania wystawy są dowodem
na to, że istnieją wymierne konsekwencje społeczne presji wywieranych
na artystów przez media.
Pracą, która spotkała się z atakami z różnych stron są także Więzy
krwi Katarzyny Kozyry (fot.21). Pokazanie tej pracy w listopadzie 1996
r., w prowadzonej przez Jacka Markiewicza prywatnej galerii a.r.t.
w Płocku, spowodowało protest lokalnego PCK, obrażonego faktem, że jego
symbol stał się tłem dla przedstawienia z nagą kobietą i główkami kapusty.
Natomiast zaprezentowanie Więzów krwi na wystawie Kobieta o kobiecie
w Galerii Bielskiej BWA w Bielsku-Białej w końcu 1996 r. wywołało poruszenie
w środowisku skupionym wokół Akcji Katolickiej Bielsko-Białej. Akcja
wystosowała do dyrektora Galerii list protestacyjny przeciw niezgodnemu
posługiwaniu się symbolami religijnymi, w którym oskarżono artystkę
o swobodne wykorzystanie krzyża jako tła dla nagiej modelki oraz umieszczenie
tego symbolu wśród główek kapusty. Autorzy napisali: Nie życzymy sobie,
aby był (krzyż) przez kogokolwiek ośmieszany, bądź poniżany, bowiem
na krzyżu umarł Chrystus. Słowa te ujawniają, jaką wagę przypisuje się
do niektórych symboli oraz w jaki sposób te symbole są zawłaszczane.
Protest ten dotyczył także tekstu Małgorzaty Lisiewicz w katalogu wystawy,
w którym autorka analizowała pracę pod kątem demistyfikacji wpływu Kościoła
Katolickiego i religii, okaleczających kobietę emocjonalnie i intelektualnie
przez siłę swych ideologii. Według autorów wspomnianego listu sformułowania
użyte przez Lisiewicz o przemocy kościoła są niezgodne z prawdą i obrażają
całą wspólnotę kościoła powszechnego.
Protesty dotyczyły nie tylko eksponowanej pracy Katarzyny Kozyry, ale
także całej wystawy Kobieta o kobiecie, która w swych założeniach
nie była ani prowokacyjna, ani obrazoburcza, można by ją nawet oskarżać
z pozycji feministycznych za prezentowanie tradycyjnego - esencjonalistycznego
sposobu myślenia o kobiecie. Jednak pojawiły się głosy, m.in. oburzonej
wystawą radnej Anny Musialskiej, która mówiła o ekspozycji: Wystawa
ma charakter prowokacyjny. Spora część prac, choć wykonywana technikami
plastycznymi nie jest sztuką (podkreślenie - I.K.). Niektóre prace negują
między innymi takie wartości, jak rodzina i religia. Wyszydzają symbole
religijne chrześcijaństwa, islamu i judaizmu. Prezentują postawę homoseksualną,
posługują się kalectwem dla zobrazowania tezy dobro-zło (to o pracy
Żebrowskiej Przypadki Humanitarne, fot.97). Według niej wystawa obraża
człowieczeństwo i odbiera kobiecie godność. Musialska domagała się także,
by w następnym roku zorganizować wystawę na wyższym poziomie artystycznym
i estetycznym (jak łatwo niekiedy porządek ideologiczny łączy się z
estetycznym!) - wystawę też o kobiecie, ale w roli matki, córki, uczennicy,
nauczycielki, posłanniczki zawodowej i społecznej, wyrażającej tożsamość
narodową i religijną .
Jeszcze ostrzejszy atak przeprowadził Andrzej Jakubiczka, wówczas przewodniczący
Komisji Kultury Urzędu Miejskiego w Bielsku-Białej, wysyłając list protestacyjny
do różnych instytucji kulturalnych, m.in. do CSW w Warszawie, a także
publikując go w Dzienniku Bielskim oraz prezentując w lokalnym Radiu
Delta. Choć, jak już wspomniałam, wystawę trudno uznać za feministyczną
i z tej perspektywy można formułować co do niej określone zarzuty, Jakubiczka
skupił się właśnie na wątku feministycznym, pisząc o ekspozycji, że
prezentuje wiele prac kontrowersyjnych, budzących zdecydowany sprzeciw
wśród odbiorców: Dotyczy to zarówno tak zwanych kobiet wyzwolonych,
którym mężczyzna do szczęścia nie jest potrzebny, bo one kochają inaczej
jak też różnych oszalałych feministek uprawiających dziki ekshibicjonizm.
Ataki, zarówno radnej Musialskiej, jak i Andrzeja Jakubiczki dotyczyły
też tego, że wystawa ta była bardzo kosztowna i niepotrzebnie wydano
tyle pieniędzy - ironią jest tu fakt, że wystawa w całości zorganizowana
była z pieniędzy sponsorów. Pomijając ten fakt Jakubiczka pisze: wydawanie
kilkuset milionów starych złotych jedynie po to, by kilkanaście niedowartościowanych
pań mogło skompensować swoje bardziej lub mniej skrywane kompleksy to
lekka przesada. W ogóle samą ideę wystawy uważam za chorą; dzielenie
sztuki według rodzaju genitaliów jest tak samo idiotyczne jak wszelkie
inne sztuczne podziały.
Wspomniana już wcześniej praca Katarzyny Kozyry pt. Więzy krwi została
też wybrana do prezentacji na billboardach na ulicach kilku miast w
Polsce w ramach programu Galerii Otwartej realizowanego przez poznańską
firmę AMS - Art Marketing Syndicate, gdzie pokazywane są prace polskich
artystów, odwołujące się do problematyki współczesnej, a celem tego
programu ma być głoszenie tolerancji. Więzy krwi pokazywane na billboardach
od 15 maju 1999 r. sprowokowały protesty, a wręcz napaści. Protest wywołało
znowu niegodne użycie symboli religijnych: krzyża i półksiężyca. Prezentowaniu
tej pracy w przestrzeni publicznej sprzeciwiły się władze Gdańska i
Gdyni, zaś wojewoda łódzki skierował wniosek do prokuratury twierdząc,
że publikacja plakatu może stanowić znieważenie przedmiotu czci religijnej,
jakim jest krzyż dla chrześcijan oraz półksiężyc dla wyznawców islamu.
Kluszczyński pisze także o tak kuriozalnym przypadku, gdy jeden z polityków
gdańskich zwrócił się do ambasad krajów islamskich dopytując się czy
nie czują się przypadkiem urażone pracą Kozyry. W wyniku tych protestów
i wytworzonej przez prasę atmosfery skandalu Więzy krwi zostały ocenzurowane
przez samą firmę AMS w nocy z 17 na 18 maja 1999 r. Wizerunki nagich
kobiet zostały zaklejone, pozostawiono tylko wąskie pasy z fragmentami
krzyża i półksiężyca oraz towarzyszących im warzyw przez co praca ta
stała się całkowicie nieczytelna. Niestety nie dano możliwości obrony
artystce i jej pracy, która w momencie jej powstania miała być odpowiedzią
na konflikty etniczne toczące się w byłej Jugosławii, natomiast teraz
ukazała się w czasie zaognienia się serbsko-albańskiego konfliktu. Warto
podkreślić też fakt, że pracę ocenzurowała sama firma AMS. Kluszczyński
stara się usprawiedliwić jej działanie pisząc, że nie mogła ona sobie
pozwolić na konflikt z władzami lokalnymi, które przyznają prawo do
umieszczania billboardów w przestrzeniach miejskich, a więc w efekcie
zagrożona mogła być egzystencja firmy. Nie jestem do końca przekonana,
co do takiego usprawiedliwiania AMS-u, zwłaszcza, że firma wydała dość
dziwne oświadczenie, w którym napisano, że pracy nie ocenzurowano pod
wpływem jakichkolwiek nacisków, ale w wyniku niezdrowej sytuacji wykreowanej
przez media. W oświadczeniu AMS-u czytamy: Zaklejając plakat chcieliśmy
przede wszystkim uniknąć dyskusji nad przesłaniem tej pracy w atmosferze
skandalu. Jej temat jest zbyt poważny, aby mówić o Więzach Krwi w ten
sposób. Ale przecież, właśnie przez jej ocenzurowanie, zwłaszcza w mediach
zwrócono na nią uwagę właśnie w atmosferze skandalu i w kontekście protestów,
które wywoływała już wielokrotnie wcześniej. Zaklejenie pracy, po której
można się było spodziewać, że wzbudzi kontrowersje i tłumaczenie się
tym, że chciano uniknąć skandalu pozostaje więc tu zupełnie nie zrozumiałe
i nie ujawnia prawdziwych intencji firmy, która najprawdopodobniej obawiała
się w wyniku nagłośnienia owych kontrowersji, utraty części swoich klientów,
korzystających z billboardów AMS-u. Poza tym, nie do końca jasny jawi
się program Galerii Otwartej mającej służyć propagowaniu tolerancji.
Jeśli Kluszczyński pisze, że jest to: wspaniały projekt wspierający
sztukę krytyczną w Polsce, dający artystom możliwość realizacji i prezentacji
prac w przestrzeni publicznej , to mam co do tego poważne wątpliwości.
W ramach galerii otwartej eksponowane są prace o niejasnym przekazie
(ciekawe do odczytywania i analiz przez specjalistów, a nie ludzi nie
mających wiedzy na temat krytyczności sztuki współczesnej), często brane
po prostu za element jakiejś kampanii reklamowej (praca Anny Jaros pt.
Jesteśmy okropne była odczytywana między innymi jako wstęp do reklamy
damskiej bielizny!), dlatego nie mamy w tym przypadku do czynienia ze
sztuką krytyczną, a jedynie programem Galerii Otwartej, który kreuje
takie przekonanie. W gruncie rzeczy krytyczność jest tu pozorna, zlikwidowana
przez brak jasnego przekazu, który mógłby tym pracom towarzyszyć. I
dopiero w momencie, kiedy pojawiła się praca rzeczywiście krytyczna,
została niemal od razu zaklejona, wyeliminowano więc znowu wątek krytyczny,
a poddano się dominującym tendencjom do uciszania kontrowersyjnych problemów
i usuwania w sferę niewidzialności drażliwych obrazów.
Ironią, związaną z cenzurą Więzów krwi w maju 1999 r. jest fakt, że
miesiąc wcześniej jedna z firm reklamujących swój produkt, użyła w swej
reklamie wizerunku roznegliżowanej kobiety, której piersi, zgodnie z
założeniami tej akcji reklamowej, po kilku dniach zostały zaklejone
paskiem z napisem cenzura. Jednak była to manipulacja dokonana przez
firmę reklamową ponieważ pracy nikt nie ocenzurował. Zresztą sam wizerunek
kobiety uległej i gotowej do oddania się mógłby tu wywołać kontrowersje,
a nie jej odsłonięty biust. Reklama ta jednak takich kontrowersji nie
wzbudziła, mimo że sposób pokazania kobiecego ciała i wprowadzenie w
błąd odbiorców przez umieszczenie napisu cenzura, kiedy takowej nie
było, można by uznać za działanie nieetyczne.
Do cenzury Więzów krwi doszło ponownie w Poznaniu w kwietniu 2000
r. na Biennale Fotografii Krystalizacje. Nie dopuszczono bowiem do
pokazu części przygotowanej przez Izabellę Gustowską, gdzie miano zaprezentować
na umieszczonych w pobliżu Arsenału billboardach prace czterech artystów:
Katarzyny Kozyry, Alicji Żebrowskiej, Jacka Staniszewskiego i Pawła
Kruka. Prace te nie zostały pokazane, gdyż jak stwierdzili przedstawiciele
Wydziału Urbanistyki i Architektury plansze naruszają ład przestrzenny
i estetykę Starego Rynku. Oczywiste jest jednak, że nie to było przyczyną
odmowy. A że cenzurę spowodowały kontrowersje wokół pracy Kozyry oraz
wcześniejszych prac Żebrowskiej przyznał sam przedstawiciel Wydziału
Urbanistyki i Architektury Krzysztof Bartkowiak, mówiąc: Nie chcemy
w centrum reklam ani skandalizujących plakatów pani Kozyry, które nie
przez wszystkich są tolerowane.
Z przykładów tych wynika, że nie jest istotne, ile ciała można pokazać,
ale w jakim kontekście i w jakich znaczeniach. Ciało kobiety odpowiadającej
stereotypowym podziałom płciowym nikogo nie oburza, natomiast ciało
kobiety pokazanej jako ofiara systemów religijnych w pracy odnoszącej
się do współczesnych konfliktów i problemów wywołuje takie kontrowersje,
że musi zostać w całości zasłonięte. Przekracza bowiem utarte schematy
i przyzwyczajenia widzów, według których kobiecy akt ma dostarczać wizualnej
przyjemności, a nie zwracać uwagę na współczesne konflikty i odwoływać
się do problematyki społecznej.
Mniej więcej w tym samym czasie, co ocenzurowanie Więzów krwi na billboardach
w 1999 r. miała miejsce cenzura dokonana w ramach instytucji artystycznej.
Mowa tu o ocenzurowaniu wystawy twórczości Zofii Kulik Od Syberii do
Cyberii w poznańskim Muzeum Narodowym (maj, czerwiec 1999). Praca pt.
I dom, i muzeum została pokazana na otwarciu wystawy, 23 maja, w bardzo
okrojonej wersji, ponieważ ocenzurowało ją Muzeum Narodowe, nie zgadzając
się na pokazanie przetworzonych komputerowo zdjęć przedstawiających
męskie genitalia rzeźb znajdujących się w Ermitażu (fot.22). W efekcie
działania cenzorskiego praca ta, odwołująca się do Fallusa jako elementu
oznaczającego władzę straciła niemalże swój sens. Zapewne dlatego artystka
postanowiła rozebrać pozostałą część pracy - stojący w centralnym miejscu
obelisk. Ten akt cenzury wprowadzał też dodatkowo widza w niezrozumiałą
sytuację podczas otwarcia wystawy, gdzie w wielkim holu stał jedynie
wspomniany już obelisk. Widz nie wiedział, że obelisk ten jest częścią
większej pracy. Nie zawieszono bowiem tablic z napisem cenzura, nie
zgodzono się też, jak chciała artystka, by wywołujące zgorszenie genitalia
zakryć figowymi listkami. Tłumaczono jej, że przecież byłaby to cenzura
(sic!). A więc działania cenzorskie postanowiono ukryć. Znowu można
tu przywołać mechanizm cenzury, który opisał Foucault: zakaz występuje
pod trzema postaciami: stwierdzenia, że coś nie jest dozwolone; przeszkodzenia,
by zostało powiedziane; zaprzeczenia, że istnieje. Zgodnie z tą logiką,
to, o czym nie należy mówić, trzeba usunąć z rzeczywistości.
W liście otwartym do Dyrektora Muzeum Narodowego Konstantego, Kalinowskiego
Zofia Kulik i Piotr Piotrowski napisali o groteskowości i zarazem grozie
tej sytuacji, gdy dyrektor jednego z największych polskich muzeów uniemożliwił
publiczne dyskusje i ograniczył swobodę artystycznej wypowiedzi. Co
wydaje się tu najbardziej kuriozalne, uprzedził on swym działaniem ewentualne
ataki ze strony obrońców moralności. Czy rzeczywiście o to chodziło,
a nawet, jeśli tak, to, czy sam fakt ocenzurowania nie jest świadectwem
obrony własnego interesu instytucji zagrożonego przez interwencję artystki?
W efekcie negatywnych reakcji została zamknięta także wystawa Ja i
AIDS otwarta 5.01.1996 r. w Galerii mieszczącej się przy kinie Stolica
w Warszawie. Ekspozycja ta została przygotowana przez Grzegorza Kowalskiego,
Katarzynę Kozyrę i Artura Żmijewskiego w 1995 r. Wzięło w niej udział
jedenastu artystów, m.in. Katarzyna Kozyra, Katarzyna Górna, Artur Żmijewski,
Paweł Althamer, Grzegorz Kowalski. Z założenia organizatorów wystawa
ta miała pokazywać nasze nastawienie do AIDS: czy jest to obawa przed
ludźmi zakażonymi, czy akceptacja dla nich i zrozumienie ich dramatycznego
położenia. Miała być więc próbą emocjonalnego radzenia sobie z groźbą
choroby. Ja i AIDS zamknięto po dwóch dniach na polecenie dyrekcji
kina pod wpływem nacisków obrońców moralności ze względów obyczajowych.
Wystawę krytykowano za koncentrowanie się na mitologii AIDS, powielanie
krążących stereotypów na temat tej choroby oraz pominięcie polskiego
kontekstu towarzyszącego AIDS. Pojawił się też zarzut, że artystom chodziło
o zaistnienie w świadomości publicznej poprzez wybranie modnego (!)
tematu i zaakcentowanie drażliwych sfer obyczajowych.
Zarzuty chęci prowokowania i wywołania skandalu, tak często pojawiające
się w krytyce artystycznej, odsuwają zazwyczaj dyskusję od rzeczywistych
problemów podjętych przez wystawę czy danego twórcę. Organizatorzy wystawy
Ja i AIDS sami zaznaczyli, że mówią o AIDS z perspektywy ludzi zdrowych,
że chcą ukazać własne lęki, a także podejście społeczne do tej problematyki.
W przeciwieństwie do większości społeczeństwa nie chcą milczeć na temat
zagrożeń związanych z ta chorobą, udawać, że ona nie istnieje, albo
dotyka wyłącznie ludzi moralnie upadłych, czy też funkcjonujących
w społeczeństwie Innych, takich jak homoseksualiści, narkomani, prostytutki.
Artyści ukazali poprzez swe prace, że choroba ta dotyczy każdego, z
jednej strony jako zagrożenie, z drugiej jako problem społeczny. A jak
drażliwy jest to problem i jak bardzo społeczeństwo nie chce go podejmować,
pokazał fakt zamknięcia tej wystawy po trzech dniach od otwarcia.
Można zauważyć tutaj jeszcze jedną prawidłowość. Wystawa Ja i AIDS
była prezentowana przy kinie, a więc w miejscu, do którego dostęp ma
każdy. To właśnie także ta dostępność na billboardach doprowadziła do
drastycznego działania cenzorskiego Więzów krwi. W przypadku wystaw
odbywających się w zamkniętych galeriach, problem jest mniejszy, gdyż
przychodzą na nie tylko zainteresowani. Problem pojawia się, jeśli dana
praca czy wystawa prezentowana jest w przestrzeni publicznej, do której
dostęp ma każdy. Podobnie przyczyną ocenzurowania pracy Zofii Kulik
I dom, i muzeum było to, że została umieszczona w muzealnym holu,
przez który należy przejść, jeśli się chce zobaczyć stałą ekspozycję.
Prezentowanie nagich męskich genitaliów na innych pracach Zofii Kulik,
które pokazano w oddzielnych salach, takich kontrowersji już nie wzbudziło.
Problemem jest więc przestrzeń publiczna i to, kto posiada do niej dostęp
i możliwość samoreprezentacji. Obrońcy moralności obawiają się swego
rodzaju skażenia obrazami przekraczającymi granice obyczajowe. Sztukę
ukazującą cielesność traktuje się jako niebezpieczną, nie powinna być
według tego sposobu myślenia pokazywana wszystkim. Próbuje się więc
chronić odbiorców przed znaczeniami, które ta twórczość niesie.
Nasuwa się tu skojarzenie z pornografią, której nie powinni oglądać
wszyscy. Istnieje grupa posiadająca władzę w społeczeństwie, która może
sobie na to pozwolić i druga grupa (kiedyś były to kobiety i dzieci,
obecnie zwraca się uwagę przede wszystkim na dzieci i młodzież), dla
której te obrazy mogą być szkodliwe. Podziały te odzwierciedlają społeczne
stosunki, w których istnieje grupa uprzywilejowana, która dyktuje, co
inni mogą wiedzieć i oglądać. Jak pisze Lynda Nead: jeżeli w danym momencie
pewna dominująca grupa nie życzy sobie, aby jakiś materiał znalazł się
w rękach innej, podporządkowanej grupy, nazywa to obscenicznością. Swe
odzwierciedlenie znajduje tu przekonanie o złowrogiej sile obrazów.
Tym, co stało się przyczyną zdjęcia wystawy Ja i AIDS było eksponowanie
ciała ludzkiego, którego funkcją jest aktywność seksualna, a w Więzach
krwi przyczyną cenzury było ukazanie cielesności, której obraz wyłamuje
się z ustalonych granic, dlatego uznany został za obsceniczny.
Warto zauważyć, że problem seksualności ludzkiej, będący punktem newralgicznym
dla wspomnianych obrońców moralności, tak w przypadku pracy Alicji
Żebrowskiej, jak i w przypadku wystawy Ja i AIDS, ściśle powiązany
jest z władzą. Można powtórzyć za Foucaultem, że władza zawsze kontrolowała
seksualność, wybierając takie jej formy, które były dla niej najbardziej
użyteczne, represjonując niewłaściwe zachowania seksualne. Kontrola
seksualności jest więc najlepszym narzędziem kontroli społecznej. Paweł
Leszkowicz pracę Alicji Żebrowskiej odczytuje w kontekście polskiego
katolicyzmu i ustawy antyaborcyjnej. Warto zauważyć tutaj za Leszkowiczem
sposób manipulowania seksualnością przez państwo w nowej rzeczywistości
politycznej. Ustawa antyaborcyjna z 1993 r. i jej reperkusje ujawniają
moralną hipokryzję obrońców ludzkiego życia. Ustawa ta nakładała bowiem
obowiązek edukacji w zakresie świadomej prokreacji i planowania rodziny,
wprowadzenia wiedzy o życiu seksualnym człowieka do programów szkolnych
oraz upowszechniania dostępu do metod i środków antykoncepcyjnych. Ta
część ustawy jest konsekwentnie uciszana, blokowane są próby wprowadzenia
jej w życie, coraz bardziej ograniczany jest też dostęp do antykoncepcji
(m.in. przez pozbawienie przez państwo dotacji na środki antykoncepcyjne).
W efekcie nie realizowana jest druga część ustawy o rozwoju szeroko
rozumianej edukacji seksualnej społeczeństwa. Konsekwencje tego typu
działań nie prowadzą wcale do ograniczania liczby aborcji - dokonywane
są one nielegalnie. Nie podejmowane są bowiem działania edukacyjne,
które powinny prowadzić do zapobiegania sytuacjom prowadzącym do aborcji.
Leszkowicz pisze, że tak jak polityka antyaborcyjna jest przykładem
antykobiecej działalności prowadzonej przez katolickie siły, tak blokowanie
edukacji seksualnej wskazuje już wyraźnie na podłoże całego problemu,
antyseksualną politykę promowaną przez stronnictwa kościelne. Politykę,
której celem jest utrzymywanie społeczeństwa uległych i pasywnych ciał,
doskonale już urobionych podczas długiego okresu socjalizmu. Ponadto
katolicka doktryna sprawia, że seksualność ludzka postrzegana jest w
atmosferze grzechu. W imię tradycyjnych wartości, bezpieczeństwa narodu
i dekomunizacji przyjmowana jest restrykcyjna, moralistyczna i antyseksualna
polityka. Leszkowicz sytuuje tą retorykę wśród politycznych napięć,
związanych z obyczajową liberalizacją i rewolucją seksualną, mającą
miejsce w Polsce w latach dziewięćdziesiątych i wiążącymi się z tym
zagrożeniami dla dominującej moralnej pozycji Kościoła, który jest w
stanie zrobić wszystko, aby powstrzymać laicyzację społeczeństwa związaną
z rozwojem gospodarki rynkowej i wprowadzeniem ustroju kapitalistycznego.
To właśnie w tym kontekście można postrzegać blokowanie wystaw (jak
Ja i AIDS) oraz prac poszczególnych artystów (np. Grzech Pierworodny
Alicji Żebrowskiej) w Polsce lat dziewięćdziesiątych - prac stawiających
otwarcie problem seksualności i dokonujących przekroczenia norm związanych
z uznanym przez Kościół za jedyny właściwy rodzaj seksualności: realizującej
się w heteroseksualnym małżeństwie, której celem jest prokreacja. Problem
wpływu Kościoła Katolickiego na społeczeństwo i pośredniego ograniczania
wolności wypowiedzi ujawnił się też w związku ze wspomnianymi wcześniej
aktami ocenzurowania zarówno Więzów krwi Katarzyny Kozyry na billboardach
AMS-u, jak i pracy I dom, i muzeum Zofii Kulik w poznańskim Muzeum
Narodowym, które miały miejsce w maju 1999 r., a więc krótko przed wizytą
papieża w Polsce. To właśnie w tym kontekście proponuje odczytanie cenzury
tych prac Piotr Piotrowski w tekście Sztuka według polityki, gdyż
wizyty papieża są zawsze okresem eskalacji prokościelnych postaw i uciszania
wszelkich poglądów, które odczytywane są za sprzeczne z katolicką moralnością.
Uderzenie w sztuce w katolicką moralność szczególnie widoczne jest
w działalności studentów z pracowni prof. Grzegorza Kowalskiego. Ich
twórczość uchodzi za swego rodzaju patologię. Emma Marczewska w pracy
magisterskiej o absolwentach tej pracowni zwraca uwagę, że ukryte cenzorowanie
odbywa się już w ramach akademii, gdy podczas obrony dyplomów ma miejsce
proceder zaniżania ocen końcowych w przypadku niestosownych prac.
Sam Grzegorz Kowalski nie dopuścił do pokazania podczas obrony dyplomu
Katarzyny Kozyry zapisu video, będącego dokumentacją powstawania Piramidy
zwierząt, gdyż uznał, że drastyczne sceny przedstawiające usypianie
konia mogłyby utrudnić przyznanie artystce dyplomu. A i tak miały miejsce
próby cofnięcia jej dyplomu.
Praca pt. Piramida zwierząt powstała w 1993 r. (fot.23), składa się
z ustawionych jedno na drugim, wypreparowanych zwierząt: konia, psa,
kota i koguta, nawiązując poprzez to zestawienie do bajki braci Grimm
Czterej Muzykanci z Bremy. Krytycy na nawiązanie do bajki nie zwrócili
uwagi, w zamian stawiali pytania natury etycznej, między innymi czy
w sztuce wolno wszystko, do jakiego stopnia może być ona dosłowna? Ataki
przybierały nieraz formę drastyczną. Początek im dały pisma protestacyjne
Zarządu Głównego ZPAP wystosowane do rektora ASP i do Ministerstwa Kultury
i Sztuki oraz donos tej organizacji do programu TVP Animals. Powstał
reportaż Sylweriusza Rudolfa wykonany na zlecenia Animals i wyemitowany
w tym programie w lipcu 1993 r. To pociągnęło za sobą falę listów i
artykułów prasowych, potępiających artystkę i wskazujących na amoralność
sztuki współczesnej. Zarzucano artystce, że jest niemoralna, nieetyczna,
a u podstaw jej twórczości leży chęć prowokacji. Padały wypowiedzi,
świadczące o zupełnym niezrozumieniu pracy Kozyry. W liście Zarządu
Głównego ZPAP czytamy: Czy na tej drodze mamy wkrótce doczekać się wystawy
abażurów z tatuowanej ludzkiej skóry? Ewa Banaszkiewicz z Animals
pisała: Nie będę moralizować. Nie napiszę o sztuce faszystowskiej, gdzie
idea sztuki ważniejsza była od idei życia. A przecież właśnie sztuka
Katarzyny Kozyry zadaje pytania natury moralnej, stawia problem etyki
społeczeństwa konsumpcyjnego, którego model zadomowił się w Polsce na
dobre dopiero w obecnej dekadzie.
Artystce postawiono zarzut, że niczym nieusprawiedliwione jest zadawanie
śmierci zwierzętom, których ciała zostały użyte w Piramidzie. Janusz
Marciniak pisze o grozie i okrucieństwie wynikającej z tej pracy i z
towarzyszącego jej komentarza, który próbuje odnaleźć głębszy sens w
działaniu artystki. Marciniak pisze: Jeśli sztuka ma usprawiedliwiać
zabójstwo, to lepiej żeby nie było sztuki. Podobne stwierdzenia pełne
są jednak obłudy, którą demaskuje swymi pracami Kozyra i stąd tak ostre
reakcje na jej twórczość.
Z niebywałymi atakami i oskarżeniami spotkała się Piramida zwierząt
podczas jej eksponowania na wystawie retrospektywnej Kozyry w Centrum
Sztuki Współczesnej Łaźnia w Gdańsku w dniach 4-28 marca 1999 r. Można
powiedzieć, że doszło tam wręcz do awantury rozpętanej przez członków
gdańskiego Towarzystwa Opieki nad Zwierzętami, którzy stwierdzili, że
praca ta jest przestępstwem, bo narusza ustawę o ochronie zwierząt z
1997 r. Wezwali do Łaźni policję, złożyli do prokuratury doniesienie
o przestępstwie, zażądali skonfiskowania taśmy video, przedstawiającej
zapis usypiania konia w rzeźni. Nagłówki w lokalnej prasie przekazywały
informacje o wydarzeniach pod znaczącymi tytułami, świadczącymi o niechęci
zrozumienia pracy: Zabawa w śmierć, dramatycznymi: Rzeźnia w galerii,
zmuszającymi do zastanowienia: Prowokacja czy protest..., lub wykpiwającymi
cały protest ekologów: Aresztować tę sztukę. Tym razem jednak gdańska
prasa była Kozyrze przychylna, raczej w przeciwieństwie do tzw. opinii
publicznej.
Bożena Czubak, kuratorka wystawy, wyraziła zaskoczenie protestem ekologów
z gdańskiego oddziału TOZ. Zastanawiała się, czy nie pomylili oni miejsc,
bo przecież powinni pikietować raczej pod każdą rzeźnią. Rzeczywiście
ich działanie i wypowiedzi określić można jako niekonsekwentne. Jeden
z członków Towarzystwa Opieki nad Zwierzętami mówił: pokazywanie kolejnych
etapów uśmiercania zwierzęcia jest niehumanitarne, uwłacza jego godności.
Można to zripostować i zastanawiać się: czy godności konia uwłacza pokazywanie
zabijania czy też raczej samo zabijanie, które przecież powszechnie
odbywa się w rzeźniach? A może uwłacza to naszej godności (pokazuje
jej brak?), bo przecież odsłania proceder, na który jako konsumenci
wyrażamy na co dzień zgodę? Wydaje się, że Piramida nie wzbudzałaby
takich emocji, gdyby nie towarzyszył jej właśnie zapis video (fot.24),
który gdańskie TOZ chciało usunąć. Jak twierdzili jego członkowie: film
mógłby być lekcją instruktażową dla satanistów, zawierał sceny drastyczne,
których nie powinny oglądać dzieci (i tak zresztą nie wpuszczane na
wystawę przez pracowników galerii). A przecież wydawałoby się, że pracę
tą mogliby wykorzystać właśnie ekolodzy, chcąc ukazać okrucieństwo rzeźni
(tu i tak podane w delikatniejszej formie, bo koń był tu usypiany przez
podanie trucizny, podczas gdy normalnie odbywa się to przez rażenie
prądem).
A więc właśnie ten film stanowił punkt sporny. Można zaryzykować stwierdzenie,
że bez niego Piramida zwierząt nie miałaby sensu (choć, gdy była prezentowana
w trakcie obrony pracy dyplomowej nie towarzyszyła jej dokumentacja
video). Poprzez pokazanie filmu video będącego rejestracją śmierci konia
i preparowania jego ciała w rzeźni, który został zestawiony ze sterylną
rzeźbą zbudowaną z ciał wybudowanych zwierząt, Kozyra ujawnia mechanizm
ukrycia i wyparcia myśli o śmierci w naszej kulturze. Czystość ostatecznego
efektu jest tu więc przeciwstawiona brudowi procesu prowadzącego do
jego osiągnięcia. Zderzenie to wydaje się być niezwykle istotne. Na
co dzień, jako konsumenci, mamy do czynienia ze sterylnym efektem końcowym
- czystym towarem. Nie interesuje nas proces jego powstawania - towarzyszący
mu bród, nie myślimy o nim w kategoriach czyjegoś (zwierzęcia, które
jemy, zakładamy na siebie, które wykorzystujemy przy produkcji najróżniejszych
produktów, takich jak kosmetyki, leki itd.) cierpienia. Kozyra ujawniła
w ten sposób grozę i okrucieństwo zepchniętego przez nas w sferę niewidzialności
procesu zadawania bólu i śmierci.
Podczas dyskusji wokół sztuki Katarzyny Kozyry w Gdańsku, która odbyła
się pod koniec wystawy w CSW Łaźnia, jedna z uczestniczek nie mogła
pogodzić się z faktem, że ciało konia zostało wykorzystane do celu sztuki,
a można by przecież zrobić z nim coś innego... np. zjeść. Dlaczego więc
śmierć, traktowana jako coś oczywistego (służąca naszym potrzebom) jest
czymś nie podlegającym ocenom moralnym, a zamierzona i pokazana śmierć
przeznaczonego na rzeź zwierzęcia, ale bez tego oczywistego celu (tu
jest nim jedynie sztuka) podlega tak ostrym ocenom? Czy nie jest relatywizmem
i obłudą zgadzanie się na powszechny proceder uśmiercania, a z drugiej
strony oburzanie się na artystkę ujawniającą te mechanizmy?
Artystka zresztą nie sytuuje się ponad tą całą sytuacją, nie wskazuje
winnego, nie udaje, że jej od procesu uśmiercania udaje się uciec, nie
mówi, że można go uniknąć. Artystka nawet nie krytykuje, ona tylko pokazuje.
Wskazuje jedynie, że uśmiercanie istnieje, choć udajemy, że go nie widzimy,
wypieramy z naszych myśli, zachowujemy się tak, jakby nie istniało.
W efekcie artystka dotknęła jeszcze jednej z najbardziej nienaruszalnych
sfer tabu obecnych w naszej kulturze.
Podobne reakcje wzbudzają prace Grzegorza Klamana, w których wykorzystuje
on fragmenty ludzkiego ciała, ludzkie organy, na co zresztą uzyskał
zgodę etyka Akademii Medycznej w Gdańsku. Prace te stały się przedmiotem
dyskusji i ataków na artystę, oskarżania go za naruszenie zasad etycznych.
Jego sztuka określana jest Działaniami nie tylko na pograniczu sztuki
ale (...) kodeksu karnego. Aneta Szyłak we wspomnianym tekście dotyczącym
dyskusji o moralności w sztuce zwraca uwagę, że krytycy wypowiadający
się o działaniach artysty negatywnie, używali słów kiszki i flaki,
jakich on sam nie używa. Ujawnili oni w ten sposób swój deprecjonujący
stosunek do cielesności człowieka.
Największe inwektywy pod adresem Klamana padają w książce Janusza Marciniaka
Awangarda i wątroba, choć autor nie podejmuje otwartej dyskusji, nie
wymienia on bowiem artysty z nazwiska (!). Niezorientowany czytelnik
nie ma więc pojęcia o czym mowa i nie ma też możliwości zweryfikowania
tego sądu. Wiadomo, że Marciniak pisze o Klamanie, ponieważ mówi o fragmentach
ciała ludzkiego w formalinie, można zresztą przypuszczać, że także poprzez
tytuł: Awangarda i wątroba odwołuje się do tego artysty, gdyż jednym
z organów ludzkich, które znalazły się w pracy Emblematy jest właśnie
wątroba (fot.92). Autor zadaje tutaj pytanie: Artysta czy przestępca?
Odpowiedź jest prosta: przestępca, a wspólnikami przestępcy nazywa
Marciniak recenzentkę, która jeden z obiektów Klamana nazwała Kaplicą
humanizmu. Marciniak pisze: Zatrważająca indyferencja moralna chodzi
w parze z tupetem i postawą roszczeniową wobec świata. Zagraża kulturze
(! - I.K.), w której obyczaj został objęty sferą sacrum i ma kształt
sakramentu. Najprawdopodobniej chodzi tu autorowi o bezczeszczenie zwłok,
ale nie bierze on w ogóle pod uwagę manipulacji, które dokonywane są
współcześnie na ciele i zawłaszczania tego ciała w innych niż sztuka
obszarach, na co wskazują m.in. prace Klamana. Marciniak pisze dalej:
Przeprowadzane w celach artystycznych zabiegi na własnym ciele, epatowanie
okrucieństwem dosłownym, gwałcenie psychiki swojej i cudzej są następstwem
niedojrzałości i braku wyobraźni, nie mówiąc już o braku poczucia formy
i analfabetyzmie plastycznym. Forma zastąpiona przez... formalinę -
miałżeby to być smutny finał sztuki współczesnej? W tych słowach pobrzmiewa
nie tylko moralizatorstwo oraz potępienie bełkotu i agresji sztuki
współczesnej. Metoda pisania o artyście, którą przyjął Marciniak, oskarżania
go i zarazem nie podawania nawet nazwiska, jest zupełnie kuriozalna,
nie pozwala na jakąkolwiek obronę. Autor możliwości tej obrony nie daje,
wystarczy, że sam uznał danego artystę za przestępcę, ponieważ widzi
w jego sztuce zło, a opisuje ją w sposób przypominający tropienie
czarownic w zamierzchłych czasach. Całe zresztą jego pisanie o sztuce
współczesnej, której sam nie uznaje, przypomina właśnie polowanie na
czarownice.
W związku z niedawną wystawą Grzegorza Klamana pt. Anatrophy, która
została otwarta 16 kwietnia 1999 r. w Centrum Sztuki Współczesnej Łaźnia
w Gdańsku, rozpętały się dyskusje uderzające nie tylko w samego artystę,
ale też w wystawiającą jego prace instytucję. Wrogie nastroje wokół
Łaźni pojawiły się już zresztą nieco wcześniej, po wspomnianej tutaj
wystawie Kozyry i atakach na nią. Anatrophy Klamana to prace, w których
ukazane są zdjęcia ludzkich płodów, twarzy zmarłych oraz preparatów.
Tutaj więc artysta nie używa już samych organów ludzkich, jedynie ich
fotograficzne przedstawienia. Doszło jednak do nagonki na Łaźnię (Gruba
forsa w Łaźni, Wieczór Wybrzeża, 23.04.1999). Niektórzy radni oburzyli
się, ze galeria jest dotowana przez miasto, z kieszeni podatników, którzy
nie uznają tego typu sztuki. Znowu więc można mówić o problemie wolności
instytucji artystycznych i próbach ograniczenia tej wolności przez finansujące
je instytucje. Ma to wpłynąć na zaprzestanie wystawiania kontrowersyjnej
sztuki, gdyż w przeciwnym razie grozi się instytucji, że zostaną jej
odebrane dotacje.
To, co najbardziej oburza moralizatorskich krytyków w działaniach Kozyry
i Klamana to przekroczenie granic, którego oni dokonują, zachwianie
uporządkowanym systemem, na którym oparta jest moralność naszego społeczeństwa
i zarazem ujawnienie kruchej konstrukcji tej moralności. Artyści ci
przenoszą bowiem coś, co jest uznawane za normalne w kontekście np.
rzeźni, czy medycyny - w kontekst sztuki, ujawniając, że to na co, wyrażamy
jako społeczeństwo przyzwolenie, ale co jest zepchnięte w obszar niewidzialności,
razi nas i wywołuje niepokój w momencie, gdy zostaje wyeksponowane i
gdy zmuszeni jesteśmy do oglądania tego. A więc to, co nas niepokoi
to naruszanie granic - ścisłych podziałów dotyczących zarówno ciała,
jak i porządku społecznego. To przekroczenie to zarazem naruszanie istniejących
społecznie obszarów tabu.
To, jakie negatywne reakcje wywołuje problem przekraczania granic i
naruszania tabu ilustrują też niedawne, gorące dyskusje w związku z
udziałem Katarzyny Kozyry i jej pracy Łaźnia II na Biennale Weneckim
(fot.67-69). Tutaj, to co najbardziej dotknęło obrońców moralności
to naruszenie granic płci - transformacja kobiecego ciała w ciało męskie
poprzez doklejenie sobie m.in. sztucznego penisa. Publicysta Życia
Łukasz Warzecha nie mógł pogodzić się z tym faktem. Pytał on wiceministra
kultury Sławomira Ratajskiego: Jak się pan czuje jako minister kraju,
który będzie reprezentowany przez film z panią Katarzyna Kozyrą z doklejonym
gumowym penisem? Sztuczny penis urasta tu do problemu wagi narodowej,
który nie daje recenzentowi spokoju. Warzecha nie może bowiem pogodzić
się z faktem publicznego występu Kozyry z doklejonym sztucznym penisem.
W komentarzu pod znamiennym tytułem Oświecić Polaczków-ciemniaczków
pisze: Tak więc Katarzyna Kozyra i gumowy narząd będą godnie reprezentować
Rzeczpospolitą Polska na międzynarodowym forum artystycznym. Na takie
dzieła nie szkoda publicznych pieniędzy, zatem należy się cieszyć, że
polska wystawa została hojnie wspomożona z państwowej kasy sumą 200
tysięcy złotych. Podnosi on więc newralgiczny problem finansowania sztuki
z pieniędzy podatnika: Jednym słowem pieniądze podatników są przeznaczane
m.in. na eksponowanie sztucznego penisa pani Kozyry. Komentując udział
Kozyry na Biennale Weneckim Warzecha stwierdza, że jej film można by
uznać za film pornograficzny, a tymczasem pretenduje do miana dzieła
sztuki. Właściwie z jego naigrywania się ze sztucznego członka Kozyry
nic nie wynika. Można powiedzieć za Kluszczyńskim, że prezentuje on
swymi tekstami swoiste zakompleksienie i próbę jego odreagowania , o
czym świadczy tytuł i podtytuł komentarza: Oświecić Polaczków-ciemniaczków.
Katarzyna Kozyra i jej znajomi są do nas lepsi. Można by więc ten tekst
zignorować, jednak podniesienie tutaj problemu finansowania tego typu
prac z publicznych pieniędzy jest charakterystyczne dla większości adwersarzy
sztuki współczesnej i w efekcie może doprowadzić do sytuacji, że sztuka
będzie odgórnie sterowana, gdyż będzie się używało argumentu, że nie
można prezentować prac, które nie odpowiadają gustom większości podatników.
Zresztą Kozyra poprzez transformację swego ciała w ciało męskie dokonała
właśnie przekroczenia ustalonego porządku, naruszenia układu władzy
. Tutaj oburzenie wywołało właśnie to, że artystka dokleiła sobie sztucznego
penisa, że naruszyła, wydawałoby się naturalną granicę płci. Stąd
naigrywanie i próba deprecjonowania wartości jej pracy, które zresztą
nie pojawiały się wyłącznie w prasie prawicowej. Oto w młodzieżowym
piśmie muzycznym pt. Machina przyznano artystce za obie Łaźnie Czarny
Machiner (jest to nagroda za największe rozczarowanie roku), wyjaśniając:
Krytyka pochyliła się z zadumą nad obydwoma dziełami, my zaś uważamy,
że to hochsztaplerka. Dawniej babę z fiutem można było obejrzeć w jarmarcznym
salonie osobliwości, dzisiaj wkroczyła do galerii sztuki.
Innym obszarem tabu w naszej kulturze jest historia wraz z jej najbardziej
drastycznymi wydarzeniami, takimi jak wojna, a szczególnie obozy zagłady.
O banalizacji historii, wykorzystaniu jej w kulturze konsumpcyjnej mówi
też seria prac Zbigniew Libery pt. Obóz koncentracyjny - Lego 1996
(fot.19,20). Artysta ten został wybrany wraz z Zofią Kulik do reprezentowania
Polski na Biennale w Wenecji w 1997. Jak napisał Jan Stanisław Wojciechowski
uzasadniając ten wybór: wydawał mi się on (Libera - I.K.) jednym z bardzo
nielicznych dziś polskich artystów, którzy przyjmują nowoczesną postawę
krytyczną, obierając jako przedmiot swej krytyki skomercjalizowaną kulturę
masową, drążą jej ukryte mechanizmy, pozwalające zniewalać ludzi poprzez
apelowanie do libidalnych instynktów seksualności i agresji. Jak zauważa
Wojciechowski, ta postawa zasługuje na uznanie szczególnie wobec nowej
rzeczywistości kulturowej w Polsce po 1989 r., gdy dawne mechanizmy
opresji ideologicznej zostały zastąpione przez nowe zagrożenia związane
z kulturą konsumpcyjną. Wybór Zbigniewa Libery okazał się jednak Pomyłką,
jak głosi tytuł rozdziału książki Wojciechowskiego na temat tego wydarzenia.
Pisze on, że był podejrzliwy wobec propozycji Obozu koncentracyjnego,
odnoszącej się do jednego z najbardziej dramatycznych doświadczeń ludzkich
XX wieku. Głównym celem posłużenia się w pracy negatywnym sacrum XX
wieku , w mniemaniu kuratora było wywołanie skandalu. Wobec tego nie
zgodził się on na wystawienie tej pracy na Biennale, naciskając na artystę
na przygotowanie innej pracy, na co z kolei nie zgodził się Zbigniew
Libera. Wojciechowski chciał, jak sam pisze, umieścić realizacje Zofii
Kulik i Zbigniewa Libery, tak, aby stały na przeciw siebie. Obie realizacje
odwoływałyby się do systemów symbolicznej przemocy: praca Zofii Kulik
do okresu minionego, a praca Libery do manipulacji i zagrożeń związanych
z wolnym rynkiem. Ta wizja sztuki zarówno jeśli chodzi o Kulik, jak
i o Liberę, wydaje się dość upraszczająca. Zastanawia też, że Wojciechowski
nie dostrzegł systemu przemocy związanego z wychowaniem dzieci, używanymi
przez nich zabawkami, ich dyscyplinowaniem poprzez zabawki. Zabawy plastikowymi
karabinami maszynowymi, popularne filmy i gry wojenne powodują pewne
zobojętnienie wobec śmierci i wojny. Można powiedzieć, że artysta unaocznia
właśnie praktyki zobojętnienia mające miejsce w naszej kulturze oraz
naszą arogancję wobec innych kultur, których dramatyczne historie, momenty
upadku są także zawłaszczane przez kulturę konsumpcyjną, na podobnej
zasadzie, jak zrobił to Libera z obozem koncentracyjnym. Nasza wrażliwość
dotyczy jednak newralgicznych momentów naszej historii, a pozostaje
całkowicie obojętna na podobne wykorzystanie historii Innych. Praca
wskazuje też na kulturę konsumpcyjną, w której można sprzedać wszystko,
łącznie z najtragiczniejszymi wydarzeniami.
Jednak według Wojciechowskiego artysta przekroczył ustanowione reguły.
Kurator zarzucił nawet Liberze, że upierał się przy swej decyzji ze
względów rynkowych. Nazwał jego sztukę: amatorskimi grami z pop kulturą
(zaskakuje ta opinia, wobec wcześniejszych pochlebnych uwag na temat
sztuki Libery). Pisze też, że zarzucanie mu przez dilera Libery działalności
cenzorskiej jest absurdalne. W gruncie rzeczy Wojciechowski, próbując
w swej książce wytłumaczyć decyzję odmówienia Liberze umieszczenia na
Biennale jego pracy, popada w sprzeczności, jego decyzja pozostaje więc
niejasna. Można przypuszczać, że kurator obawiał się zamieszczenia Obozu
koncentracyjnego w polskim pawilonie w Wenecji, ze względu na prawdopodobne
ataki na tą decyzję i na ujawnienie wszystkich napięć związanych z pracą.
Powyższe przykłady pokazują, że instytucje artystyczne oraz ich reprezentanci
pozostają pod wpływem napięć politycznych obecnych w Polsce oraz toczących
się w mediach dyskusji o moralności sztuki. Dlatego miały miejsce w
życiu artystycznym próby zablokowania najbardziej radykalnych, w mniemaniu
opinii społecznej, działań artystycznych. Ujawniło się także działanie
cenzury, a jej przedstawicielami byli najczęściej sami kuratorzy i organizatorzy
życia artystycznego w Polsce, a także tzw. obrońcy moralności stwarzający
iluzję, że reprezentują całe społeczeństwo. Kuratorzy życia artystycznego,
stosując autocenzurę, występują najczęściej w obronie danej instytucji,
uprzedzając ewentualne ataki na nią, a także unikając oskarżeń, że wystawiana
jest sztuka, która jest niezgodna z gustem podatników. Nieliczne instytucje,
jak Centrum Sztuki Współczesnej w Gdańsku, nie stosują tej kompromisowej
metody, w efekcie stale narażone są na ataki obrońców moralności.
Ci zaś dążą przede wszystkim do ograniczenia wolności wypowiedzi artystycznej,
próbując deprecjonować sztukę, która nie jest zgodna z ich własnym systemem
wartości. Ten system wartości, najczęściej określany jest jako chrześcijański,
katolicki, w gruncie rzeczy prowadzi do spychania drażliwych i kontrowersyjnych
problemów społecznych w sferę milczenia i patologii. Są to problemy,
o których sztuka krytyczna, angażująca się bezpośrednio w rozważania
nad kondycją naszej kultury, naszego człowieczeństwa oraz współczesnego
poczucia tożsamości, nie chce milczeć. Jak pokazuje ta twórczość, obraz
świata nie jest tak prosty i uporządkowany, jak chcieliby to widzieć
jej adwersarze. Ci z kolei stoją po stronie układu władzy, który opiera
się właśnie na takiej uporządkowanej, prostej wizji świata i rzeczywistości.
Adwersarze współczesnej sztuki dążą do ograniczenia dostępu sztuki dla
szerokiej publiczności, odmawiając tym samym odbiorcom prawa do samodzielnej
oceny (często tą ocenę narzucając poprzez sugerowanie, że sztuka współczesna
jest amoralna i patologiczna). Ten sposób podejścia do sztuki jest symptomem
ograniczania demokratycznych praw obywateli, gdzie nie dopuszcza się
do rozwinięcia w pełni zasad społeczeństwa obywatelskiego, które samo
ocenia, wybiera, ma rozwiniętą świadomość polityczną oraz nie unika
drażliwych i kontrowersyjnych tematów.
Krytyka i dyskusje o moralności sztuki
Powyżej zarysowane problemy znajdują swe odzwierciedlenie w artykułach
w pismach kulturalnych i artystycznych, a zwłaszcza w próbach podsumowania
twórczości lat dziewięćdziesiątych.
Jedną z pierwszych prób charakterystyki sztuki lat dziewięćdziesiątych
zaprezentował miesięcznik Znak, w którym zamieszczone zostały teksty
Jana Michalskiego, Mieczysława Porębskiego, Małgorzaty Kitowskiej-Łysiak,
Łukasza Gorczycy, Piotra Kosiewskiego, a także rozmowa z Piotrem Piotrowskim.
Ogólna charakterystyka lat dziewięćdziesiątych nie wypadła tu najlepiej.
Krytycy pisali przede wszystkim poprzez pryzmat swoich doświadczeń i
własnych sentymentów. Brakowało tu analizy sztuki krytycznej ostatnich
lat, marginesowo potraktowana zaś została problematyka ciała.
Dla Jana Michalskiego lata dziewięćdziesiąte są okresem rozwoju, olśnień
i rozczarowań, choć zewnętrznie są dynamiczne, wewnętrznie są egoistyczne.
Mimo że autor obnaża idealizację sztuki lat osiemdziesiątych, głównie
związanej z kościelnymi kruchtami, niewiele ciekawego ma do powiedzenia
o sztuce lat dziewięćdziesiątych. Zauważa w niej eksplozje nagości -
m.in. w sztuce Katarzyny Górnej, Pawła Althamera, Zofii Kulik, Joanny
Rajkowskiej, widząc w tym jedynie ekshibicjonistyczny rys naszej kultury.
Z ironią i sarkazmem pisze o analizie doświadczeń ciała w grupie studentów
prof. Grzegorza Kowalskiego: Behawior młodego pokolenia miał narzucić
się polskiej publiczności z mocą reklamy podpasek, wywołując zgorszenie
(fagocytozę) tradycyjnej krytyki, inspirując publiczne dyskusje o moralności
i granicach sztuki. Opory były uzasadnione: gra na odruchach jest grą
cienką. Refleksję moralną łatwo może zastąpić pokusa epatowania widza
siłą obrazu i pustą grą skojarzeń. Michalski zauważa jednak zainteresowanie
w tym kręgu artystycznym życiem społecznym i moralnością publiczną,
dotykanie takich problemów jak: przemoc, tolerancja, aborcja i AIDS.
Pisze też, że współczesna twórczość zaczęła, ze względu na dostosowanie
się do potrzeb rynku, używać języka kultury masowej (nie zauważa jednak
krytycznego aspektu tej sztuki wobec kultury masowej), a także inspirację
technoświatem. Dla Michalskiego artyści dokonujący poprzez swą sztukę
krytyki rzeczywistości to socjopaci (do końca nie wiadomo dlaczego),
a ci, którzy zajmują się tą sztuką, promują ją to socjotechnicy. Nie
wyjaśnione pozostaje, dlaczego w taki sposób Michalski określa sztukę
zaangażowaną i tych, którzy się nią zajmują. Krytykę swą kieruje on
głównie przeciwko Magazynowi Sztuki (pismu, które w mojej opinii najrzetelniej
opisuje zjawiska w sztuce współczesnej), zarzucając jego wydawcy, że
pod wpływem koniunktur (nie wiadomo jakich!) zajmuje się sztuką, którą
określa w dwóch zdaniach: Przyjmowały one (idee przekazywane przez Magazyn
Sztuki - I.K.) najdziwniejsze postaci w umysłach niedokształconych
i sfrustrowanych artystów. Kiełbasy marynowane razem z polską flagą,
zabawki niezgodne z przeznaczeniem, kaleki zapędzane przed obiektywy
- katastrofa sztuki zaangażowanej społecznie i politycznie, żywej jeszcze
w latach 80., jest częściowo zasługą pisma, które bez żenady wydobywa
na wierzch powierzchowność i chciejstwo młodych artystów. Zabieg Michalskiego
jest w tym przypadku prosty: przywołuje on, bez podawania nazwisk, pewne
wątki, które pojawiają się w sztuce między innymi Roberta Rumasa, Zbigniewa
Libery, Artura Żmijewskiego, jednak nie widzi potrzeby analizy znaczeń,
które niesie ze sobą ta sztuka. Niezorientowany czytelnik tego tekstu
może sobie dopowiedzieć, że twórczość ta, jak wynika z tekstu Michalskiego,
pozbawiona jakiegokolwiek sensu, epatuje czymś absurdalnym, może nawet
gorszącym, jest promowana przez Magazyn Sztuki, bo jest to wygodne
dla jej redaktora naczelnego i przyjętej przez niego polityki. Zabieg
Michalskiego jest więc niczym innym, jak manipulacją mającą na celu
marginalizację niektórych wątków sztuki współczesnej.
Z poglądami Jana Michalskiego polemizuje Małgorzata Kitowska-Łysiak
w tekście pt. Urwaliśmy się na wolność (I co dalej?). Zauważa ona,
że Michalski operuje hasłami, eufemizmami, stawia pytania, nie próbując
jednak znaleźć na nie odpowiedzi, opisuje lata dziewięćdziesiąte z perspektywy
własnych towarzyskich koterii. Według Kitowskiej-Łysiak największym
problemem tej dekady jest brak rzetelnej krytyki. Autorka nie znajduje
jednak także pozytywnych stron urywania się na wolność w sztuce tej
dekady. Zjawisko to ocenia raczej negatywnie, jako urywanie się na dowolność,
manifestacyjne zerwanie wszystkich więzi, odcięcie się od tradycji.
Wartość w sztuce współczesnej mają, według niej, jedynie postawy kontynuowania
dawnej tradycji artystycznej. Można zauważyć, że poglądy takie są charakterystyczne
dla części konserwatywnych krytyków, tym bardziej więc nie dziwi prezentowanie
ich w katolickim piśmie Znak. Zaznacza się tu także charakterystyczna
niechęć do zanalizowania i zrozumienia sztuki krytycznej w Polsce. Bowiem
zarzut pod adresem sztuki, że zrywa z tradycją, wydaje się mało przekonujący.
Twórczość, o której mowa, Kitowska-Łysiak określa jako sztukę młodych.
Ma tu na myśli przede wszystkim Katarzynę Górną, Katarzynę Kozyrę, Jarosława
Markiewicza, Alicję Żebrowską, Artura Żmijewskiego, pisząc, że oni zwracali
na siebie najwięcej uwagi i byli najgłośniej obecni. Pisze o dokonanym
przez nich manifeście pokoleniowym, objawiającym się głównie w jawnej
i cynicznej kontestacji tego, co stanowiło podstawę polskiej tradycji
kulturowej. To także przełamywanie konwencji, tabu, odrzucenie stygmatu
przeszłości. Według niej w postawie tych artystów dostrzec można rozpaczliwą
próbę szukania ideologii, usprawiedliwiającej poczynania, które wydają
się tyleż nakazem mody co, będącym manifestacją (...) niedojrzałości,
totalnym buntem przeciw wszystkim autorytetom Jest to według Kitowskiej-Łysiak
postawa negacji. Negatywnie odnosi się ona także do sformułowań sztuka
krytyczna, czy sztuka społeczna, gdyż według niej określenia te usprawiedliwiają
poszukiwanie celu sztuki poza sztuką, a to już autorka określa jako
felietonistykę czy publicystykę. Według niej zaangażowanie jest rodzajem
pułapki, sztuka ta jest przejawem utraty wiary, ufności, nadziei.
Zaskakuje w tekście Kitowskiej-Łysiak kaznodziejski styl pisania o sztuce.
Niezrozumiałe pozostaje, dlaczego kontynuowanie tradycji jest, według
autorki, oznaką dobrej sztuki, a jej negatywne nastawienie do twórczości
dokonującej krytycznej analizy rzeczywistości świadczy o niezrozumieniu
tego, że zawsze sztuka powiązana była z jakąś ideologią czy władzą.
Autorka pisze, że żaden z okresów załamań w sztuce nie przekreślił szans
malarstwa i rzeźby. Pojawia się tu więc opozycja między tradycją (malarstwem,
rzeźbą, sztuką jakoby autonomiczną) a sztuką młodych (instalacją,
video, fotografią, odcinającą się od tradycji, wyrażającą krytykę rzeczywistości)
i warto zauważyć, że podkreślanie tej opozycji przez tradycyjnych krytyków
także ideologizuje tą twórczość, którą uważają za autonomiczną. Ta sztuka
sytuowana jest poprzez taki sposób prezentacji po stronie konserwatywnie
myślącego społeczeństwa, polskiej tradycji oraz katolicyzmu (nie chodzi
tylko o malarstwo przykościelne), a twórczość młodych jest według
tego schematu związana z wszystkimi zagrożeniami dla wymienionych wyżej
wartości. Sztuka wpisuje się więc tu w ideologiczne napięcia widoczne
w naszym społeczeństwie i udawanie, że istnieje sztuka autonomiczna
jest także przejawem ideologii wpisującej się w napięcie pomiędzy myśleniem
uniwersalistycznym a postmodernistycznym. Dla Kitowskiej-Łysiak najbardziej
niepokojące są właśnie przejawy tego postmodernistycznego myślenia,
jak np. pseudofilozoficzne produkcje Magazynu Sztuki. Autorka kończy
swój tekst nadzieją, że bliski jest moment, w którym nowym duchem zostanie
natchnione malarstwo, zastępując, w domyśle, niewygodną sztukę krytyczną.
Krytykiem, który najbardziej broni owego uniwersalistycznego statusu
sztuki jest stale współpracujący ze Znakiem Janusz Marciniak. W tym
numerze zamieszczony jest jego tekst pt. Lata 90. (Czas hipokryzji
czy czas szczerości?) . Jego nastawienie do sztuki jest jeszcze bardziej
radykalne. Zauważa on także zerwanie z przeszłością, a nowe zjawiska
określa jako tkwienie w minoderii. Pisze: Zamykamy się ze sztuką w
granicach wyznaczonych przez snobizm i poprawność towarzyską, która
w Polsce, niestety, jest akurat tym samym, co poprawność polityczna
w Ameryce. Można ironizować, że autor najprawdopodobniej ma nikłe pojęcie
o poprawności politycznej, bo porównanie jej z poprawnością towarzyską,
jakakolwiek ta by nie była, jest całkowicie chybione. Ale już w tym
zdaniu zaznacza się niechęć autora do szeroko definiowanego postmodernizmu,
z którym można by łączyć amerykańską poprawność polityczną. Według niego
wartością sztuki lat osiemdziesiątych była empatia i odpowiedzialność,
etyczna determinacja, poczucie solidarności z własnym narodem, ponadestetyczne
rozumienie sensu tworzenia sztuki. Zaznacza się tu połączenie sztuki
dobrej w mniemaniu autora, z wartościami narodowymi, jednak w przeciwieństwie
do Kitowskiej-Łysiak, widzi on, że sens tak rozumianej sztuki istnieje
także poza samą sztuką. W tym samym paragrafie autor zadaje pytanie,
czy sztuka współczesna ma wymiar uniwersalny. Jest to pewna sprzeczność,
bo czy uniwersalny nie oznacza tu: zgodny z własnymi wartościami (narodowymi,
chrześcijańskimi itd.)? Według Marciniaka kanon sztuki współczesnej
coraz bardziej odzwierciedla interes instytucji, a popierani są ci artyści,
którzy dopasowują swoją produkcję artystyczną do tendencji światowych
(tym razem uniwersalność postrzegana negatywnie! - I.K.), a więc rozbijają
konwencje, demaskują represyjny układ władzy, łamią tabu... Także
tu pojawia się manipulacja czytelnikiem, dla którego te pojęcia, można
powiedzieć, kluczowe dla sztuki krytycznej, w takim zestawieniu przybierają,
albo wydźwięk negatywny, albo wydają się nie mieć żadnego sensu. Według
Marciniaka te tendencje wiążą się z pochwałą onanizmu i obrazą uczuć
religijnych (podkreślenie moje). Dalej pisze on o zanegowaniu pamięci
i empatii (nie wiadomo, dlaczego miałyby być wyznacznikami sztuki! -
I.K.), kosmopolitycznym widmie sztuki, o powierzchowności i nudzie
współczesnych tendencji.
Najpełniej podejście tego krytyka do sztuki współczesnej ukazuje jego
książka pt. Awangarda i wątroba , w której zastanawia się on nad moralnością
sztuki. Książka ta pisana z perspektywy katolickiego fundamentalizmu,
stosując jego miary do twórczości artystycznej, wydaje się kuriozalna.
Dominują tu rozważania na temat dobra i zła, moralności i etyki, wcieleń
diabła we współczesnym świecie (m.in., jak wynika z tekstu, w postaci
sztuki współczesnej), tradycji, miłosierdzia (które jakoby cechuje autora
tej publikacji), ateizmu i braku pokory, które są, według autora, bliskie
postmodernistycznej filozofii. Są też rozważania o polskim katolicyzmie
i skądinąd słuszne potępienie afery z krzyżami na oświęcimskim żwirowisku.
Cały czas przewija się też wątek sztuki.
Autor zastanawia się, kiedy sztuka jest niemoralna. Odpowiadając na
postawione przez siebie pytanie, pisze, że wtedy, gdy ignoruje prawa
i jakość formy artystycznej (!) i uwłacza godności człowieka, gdy deprecjonuje
się jako poznanie i przekaz ikonograficzny, gdy podszywa się pod naukę
lub ideologię i oddaje się na służbę utopii, a tworzący ją artysta lekceważy
przeszłość i tradycję sztuki. Wydaje się, że komentarz jest tu zbędny.
Można przywołać jednak refleksję Anety Szyłak z Relacji z dyskusji
o moralności sztuki w Polsce: Jak łatwo poznać, autor tekstu posługuje
się kategoriami nawet nie modernistycznymi, bo podane przez niego kryteria
moralności unieruchomiłyby wszelki postęp. W słowach tych czuje się
upojenie tymi koncepcjami artystycznymi, w których sztuka, piękno i
dobro byłyby tym samym. Całość wywodu jest nieomal pozbawiona egzemplifikacji,
tak że trudno dociec, co to znaczy na przykład, że sztuka deprecjonuje
się jako poznanie lub też dlaczego lekceważenie tradycji miałoby być
niemoralne. Rzeczywiście - przyjmując kryteria podane przez Marciniaka
niemal cała sztuka współczesna musiałaby być niemoralna. Oczywiście,
przypominając opozycję, która zaznaczyła się w bardzo podobnym sposobie
myślenia Kitowskiej-Łysiak, moralne byłoby jedynie malarstwo odwołujące
się do tradycji. Na marginesie można zauważyć, że Marciniak, który jest
także artystą, uprawia właśnie taki rodzaj malarstwa. Jako przykład
artystów niemoralnych podaje on Katarzynę Kozyrę i Grzegorza Klamana,
jednak jak już pisałam wcześniej stosuje wobec niego taki zabieg, że
nie wymienia go z nazwiska, choć nawet tytułowa wątroba książki Marciniaka
jest odniesieniem do twórczości Klamana.
Oczywiście przejawia się też w książce Marciniaka wątek tradycji, potrzeby
jej zachowania i potępienie odrzucenia jej przez współczesną twórczość.
Pisze on o potrzebie autorytetów: Artysta, kwestionując wszystkie autorytety,
sam także przestał być autorytetem i został społecznie licencjonowanym
wariatem. Nie wyjaśnia jednak, jakie znaczenie dla sztuki miałoby podtrzymywanie
tradycji i co miałoby oznaczać zwrócenie się w stronę autorytetów. Najprawdopodobniej
jednak odzywa się tu znów mit o uniwersalności sztuki, nostalgia za
utraceniem tej uniwersalności, która jak zostało powiedziane w innym
miejscu, zawsze wiązała się z wykluczaniem i fałszywym obrazem świata.
Marciniak atakuje też odwoływanie się w sztuce do różnych ideologii,
a przecież całe jego pisanie o sztuce przesiąknięte jest ideologią.
To też dość charakterystyczny rys tej postawy: zauważanie, że pojawiło
się wiele ideologii, często sprzecznych z przekonaniami danego autora,
ale zamiast uznania, że istnieje wiele punktów widzenia świata, głosi
się negację innych poglądów z przekonaniem, że stoi się na stanowisku
jedynej słusznej prawdy i że to stanowisko uprawnia do oceny i odrzucenia
innych. Jest to typowa dla myślenia uniwersalistycznego postawa wykluczająca.
Marciniak krytykuje też pojęcie mięsności wprowadzone przez Jolantę
Brach-Czainę w Szczelinach istnienia, używane obecnie często do opisu
sztuki krytycznej, a przede wszystkim do twórczości Klamana. Autor pisze:
szybko stała się dziką mięsnością, artystycznym alibi, słowem wytrychem,
usprawiedliwieniem na przykład obecności preparatów anatomicznych w
galerii lub zabiegów na ciele artysty. Taka sztuka, jest według autora
Awangardy i wątroby symptomem obumierania uczuć wyższych, kryzysu
wartości. Według Marciniaka sztuki od moralności nie sposób oddzielić,
jednak jest to moralność rozumiana w specyficzny sposób, osadzony w
katolickiej tradycji. Artyści krytyczni, o których tak negatywnie wypowiada
się Marciniak, wskazują często na podwójną moralność naszej rzeczywistości,
zakłamanie i obłudę, traktowanie za oczywiste pewnych naszych zachowań,
przyzwyczajeń, które uświęcone są tradycją, które przecież także uznane
mogą być za nieetyczne. Dotyczy to zwłaszcza Piramidy zwierząt Kozyry,
która pokazuje, że zgadzamy się na proceder zabijania zwierząt, jeśli
nie musimy go oglądać. Ale według Marciniaka ta krytyka związana jest
z ideologią (nie precyzuje on nawet z jaką!), moralizatorstwem i hipokryzją,
a według niego sztuka, która staje się ideologią jest niemoralna. W
innym miejscu Marciniak bardziej precyzuje ideologie, które według niego
zasługują na potępienie. Ich powstanie łączy z niczym innym, jak upadkiem
wiary w Boga. Pisze on: Pokładanie nadziei w parareligijnych hasłach
ekologicznych, feministycznych czy bioenergoterapeutycznych bez dostrzegania,
że są one nową postacią starych idei czystości rasowej, etnicznej,
klasowej (warto podkreślić to absurdalne zestawienie! - I.K.), itd.,
prowadzi na manowce myśli i postępu. Te ostre słowa wykazujące brak
jakiejkolwiek chęci zrozumienia współczesnych tendencji, są tylko i
wyłącznie czystą demagogią prowadzącą do ośmieszenia tych zjawisk.
Marciniak nie chce wchodzić w dyskusje z odmiennymi od siebie poglądami.
Pisze o sztuce Klamana (cały czas nie wymienionego z nazwiska!) i dotyczącym
jej komentarzu : Jeśli ktoś najpoważniej na świecie twierdzi, że w przypadku
dzieła stworzonego z preparatów anatomicznych w grę wchodzi refleksja
nad zjawiskiem rozwijającego się handlu organami wewnętrznymi człowieka,
nasuwa się pytanie: czy w takim razie sztuka ma być promocją tego zjawiska,
zwiastunem... kanibalizmu? Podobnie, jak nie pada nazwisko Klamana,
nie pada też tu określenie sztuka krytyczna. Zabieg Marciniaka znowu
jest prosty: nie zauważa on żadnej krytyki w polskiej sztuce współczesnej,
gdyż nie uznaje w ogóle takiego zjawiska, więc pomija je milczeniem.
Znowu zastanawia tu jego podejście do czytelnika: czytelnik musi być
albo erudytą, znającym doskonale sytuację w sztuce współczesnej, żeby
wiedzieć o czym dokładnie pisze Marciniak, natomiast, jeśli nie zna
tej sztuki, może się tylko utwierdzić w panującym powszechnie w Polsce
przekonaniu o jej wynaturzeniach i niezrozumiałości. Brakuje w tej książce
jakiejkolwiek próby analizy zjawisk w twórczości współczesnej, nie mówiąc
już o podjęciu próby jej zrozumienia i wyjaśnienia. Książka ta ma więc
jeden cel: skuteczne zniechęcenie czytelnika do polskiej sztuki krytycznej
i jest to zabieg czysto ideologiczny. Można by zastanawiać się z czego
to wynika? Czy nie jest to przyjmowanie postawy obronnej w związku z
zarzutami, które stawiane są przez sztukę krytyczną? Jeśli twórczość
ta ujawnia hipokryzję i relatywizm moralny naszego społeczeństwa, atakuje
powszechnie uznane wartości, które związane są często z władzą w szerokim
jej rozumieniu, obnaża postawę uniwersalistyczną roszczącą sobie prawo
do głoszenia własnej prawdy jako jedynej, to zrozumiałe jest, że ci,
którzy czują się atakowani, próbują się bronić. Jednak tak zakamuflowana
i obłudna obrona, a przy tym manipulacja czytelnikiem, jaką prezentuje
w swej książce Marciniak, wydaje się co najmniej niestosowna.
Zaprezentowałam tu tak dokładnie stanowisko Marciniaka, ponieważ uważam,
że jest ono typowe dla części polskiej krytyki i jest dość chętnie przyjmowane
przez odbiorców sztuki. Podobne opinie nie padają tylko ze strony konserwatywnych,
czy katolickich pism, takich jak: Znak, czy Więź, ale także bliskie
są opiniom prezentowanym np. w Gazecie Wyborczej przez Andrzeja Osękę,
czy Dorotę Jarecką.
Wracając do poglądów prezentowanych w numerze Znaku podsumowującym
sztukę lat dziewięćdziesiątych warto zwrócić też uwagę na tekst Łukasza
Gorczycy pt. Gra o sztukę . Krytyk ten wchodząc w postmodernistyczne
konwencje (lub to, co się przez nie rozumie) pisze, że lata dziewięćdziesiąte,
jeśli chodzi o sztukę, zdominowane są strategią gry. Gorczyca przeciwstawia
się prezentowanym tu już poglądom, m.in. Michalskiego, czy Kitowskiej-Łysiak,
sam jednak nie podejmuje się rzetelnej analizy sztuki tej dekady. Pisze,
że konwencji gry odpowiadały dyskusje, które przetoczyły się przez
media i atmosfera skandalu wokół Piramidy zwierząt Katarzyny Kozyry
i Obozu Koncentracyjnego - LEGO Zbigniewa Libery. Według niego oboje
artyści: Libera zasłużenie, Kozyra nie, stali się gwiazdami sztuki polskiej.
Autor zauważa, że poprzez te działania wytworzyło się przekonanie o
chęci prowokacji ze strony artystów. Pisze on też o częstych w tych
dyskusjach wątkach moralności artysty i pytaniu, co artyście wolno,
a czego nie. Zauważa, że dyskusje o moralności artysty są jałowe, a
oczekiwanie od sztuki i artystów wzorcowej moralności jest nieporozumieniem,
gdyż: Dlaczego artysta ma być moralnie lepszy od normalnego człowieka?
Czy cokolwiek predysponuje współczesnego twórcę do zajęcia takiej pozycji?
Czy wzorcowej moralności przyszły artysta ma uczyć się na ASP?
Gorczyca zajmuje się też w swym tekście problemem sztuki krytycznej,
pisząc, że jest nieobecna w Polsce, tak jak twórczość zaangażowana społeczne
(tu podaje przykład amerykańskiej artystki Barbary Kruger, której plakat
Twoje ciało to pole walki pojawił się w Polsce przy okazji jej wykładu
w Centrum Sztuki Współczesnej w 1991 r., a jednocześnie jako głos w
dyskusji nad prawem do aborcji). Według niego namiastką sztuki krytycznej
jest tzw. sztuka ciała (warto zauważyć, że każdy zjawisko to określa
całkowicie inaczej). Jednak, sztuka ta, według Gorczycy, jak w przypadku
Klamana została złożona na ołtarzu importowanych dyskursów i tym samym
całkowicie oderwana od rzeczywistości polskiej lat 90. Tylko częściowo
można zgodzić się tu z krytykiem, ponieważ np. prace Klamana powstające
pod wpływem myśli Michela Foucaulta, zajmują się problemem ciała w kontekście
władzy, a przecież problem ten, jakby na to nie patrzeć, pojawia się
także na obszarze polskiej rzeczywistości społecznej. Poza tym, uważam,
że prace te przywołują kontekst polski - m.in. poprzez użycie symbolu
krzyża, nawiązanie do obozów koncentracyjnych. Według Gorczycy podobny
zarzut można postawić artystom z tzw. Kowalni, czyli pracowni Grzegorza
Kowalskiego (m.in. Kozyra, Althamer, Żmijewski), dokonującym działań
na żywej tkance cielesnej, mającym prowadzić do inicjacji w życie ze
świadomością śmierci . Według krytyka: Była to więc raczej prywatna
sztuka inicjacji niż obiektywna sztuka ciała. Zaskakuje, że krytyk ten,
mimo przyjętej postmodernistycznej konwencji, używa tak kuriozalnego
sformułowania, jak obiektywna sztuka ciała, świadczącego o uniwersalistycznych
ciągotach. Można dodać: na szczęście nie ma żadnej obiektywnej sztuki
ciała i nie jest to żaden argument na brak sztuki krytycznej. Według
Gorczycy w sztuce lat dziewięćdziesiątych nic ciekawego się nie wydarzyło,
trudno jest wskazać jakieś ciekawe wydarzenia artystyczne. Zauważa on
wyjątkową, wręcz, uprzywilejowaną pozycję malarstwa, nie poddaje jednak
tego faktu krytyce, pisze natomiast o najciekawszym według siebie malarzu
- Dominiku Lejmanie. Nie krytykuje malarstwa za powielanie wciąż tych
samych wzorców, natomiast pisze o strategii jednego dzieła lub jednego
projektu w przypadku artystów używających innych technik niż malarstwo.
Najbardziej krytycznie odnosi się do prac Zofii Kulik, które według
niego zyskały reputację najbardziej oczekiwanych dzieł sztuki polskiej
lat dziewięćdziesiątych. Według Gorczycy: Fotomontaże Kulik są najbardziej
wyrazistym przykładem ciąży przenoszonej - po osiągnięciu kresu kreatywnych
możliwości strategicznego projektu polskim artystom zbyt łatwo ziemia
usuwa się spod nóg. (!?) Być może ich działania okazały się jednorazowe,
dlatego że spełniały doraźne zapotrzebowanie na rozstrzygnięcie konkretnych
kwestii kulturowych. Pracom Kulik, Rumasa, a potem Kozyry i Libery zarzucić
można, że układają się w nazbyt logiczny (oczekiwany) ciąg refleksji
artystycznej dotyczącej tu i teraz. Krytyk ten nie pisze, czego oczekuje
od sztuki, jakie są, według niego, kryteria sztuki krytycznej. Jest
niekonsekwentny: najpierw stawia zarzut braku sztuki krytycznej odnoszącej
się do naszej sytuacji, a potem zbytniego skoncentrowania na problemie
tu i teraz. To, co pisze nie układa się w konsekwentną całość, nie
wiadomo jakimi problemami naprawdę zajmuje się ta twórczość (czy skoncentrowaniem
na aktualnej sytuacji, czy wręcz odwrotnie - całkowitym zignorowaniem
jej). Poza tym stosowanie innych kryteriów do malarstwa i sztuki używającej
innych mediów, stosowanie do tej ostatniej bardziej krytycznych ocen,
pogląd, że powtarzanie tych samych konwencji (a więc to, co jest normalne
w malarstwie), świadczy o osiągnięciu kresu kreatywnych możliwości
jest przejawem tego, o czym sam Gorczyca pisze - uprzywilejowanej pozycji
malarstwa i chciałoby się dodać, skazanej na przegraną w niektórych
kręgach pozycji sztuki krytycznej. Krytyk ten, używając postmodernistycznego
sloganu gry i graczy wpisuje się jednak w modernistyczne paradygmaty
myślenia o sztuce (przypomnijmy: obiektywna sztuka ciała). Możliwe,
że pisze on biorąc pod uwagę profil Znaku i próbując się dostosować
do panującej tam ideologii. Przekonuje mnie w tym zdanie o artystach
podtrzymujących polskie wartości: Kilku z nich (z malarzy: Modzelewskiego,
Sobczyka, Dwurnika, z rzeźbiarzy: Bałkę, Bednarskiego) należałoby wymienić
raz jeszcze jako tych nielicznych twórców, których sztuka podtrzymuje
mity i tradycje kulturowe narodu polskiego. Brzmi to absurdalnie, lecz
ma sens: skoro lata 90. są czasem transformacji - dzieją się różne dziwne
rzeczy w rozmaitych kierunkach - to ważne, by istniała czarna skrzynka
sztuki, która w razie katastrofy przechowa dane potrzebne do rekonstrukcji
naszej świadomości. Można mieć wątpliwości, czy autor pisze te słowa
poważnie. Odnosi się bowiem wrażenie, po przeczytaniu tej opinii, w
połączeniu z zamieszczonymi tu tekstami Marciniaka i Kitowskiej-Łysiak,
że już sama kontynuacja tradycyjnych form w sztuce: malarstwa i rzeźby
jest dowodem na kultywowanie tradycji narodowych. Czytając ich teksty
nie bardzo wiadomo, jaki jest sens i na czym polega połączenie tych
dwóch tradycji: artystycznej i narodowej.
Od powyżej przytoczonych opinii prezentowanych w numerze Znaku o sztuce
lat dziewięćdziesiątych zdecydowanie odcina się jedynie Piotr Piotrowski
w rozmowie z Maciejem Mazurkiem. Piotrowski zwraca uwagę na mitologizację
sztuki lat osiemdziesiątych, które według części krytyki były manifestacją
duchowości. Tą duchowość widzi jako odwoływanie się do wielkich
narracji, które były remendium na nędze stanu wojennego, dawały poczucie
bezpieczeństwa i schronienia, przeciw tamtej rzeczywistości stawiały
mitologię polskiej kultury. Próby powrotu do tej mitologii są nadal
obecne - to między innymi postulat powrotu w sztuce do tradycji i wartości
narodowych tak podkreślany w tekstach przywołanych powyżej. Piotrowski
zwraca uwagę, że obecny w latach osiemdziesiątych dyskurs narodowo-chrześcijańsjki,
w którym formułowane były w tamtym czasie postulaty wolności, w latach
dziewięćdziesiątych stał się dyskursem politycznym, instrumentalnie
stosowanym. Pojawił się więc nowy problem - dostosowania artysty do
świata liberalnej demokracji. Jest to problem tożsamości artysty w nowym
układzie odniesienia, głównie w konfrontacji z kulturą medialną. Piotrowski
wymienia tu Liberę jako przykład artysty dokonującego analizy kultury
przemocy kreowanej przez media i kulturę popularną (Obozu Koncentracyjnego
- LEGO), mówi też o Katarzynie Kozyrze analizującej problem zawłaszczania
cielesności przez kulturę masową, dekonstrukcji tradycji narodowo-chrześcijańskiej
w sztuce Roberta Rumasa, poprzez ukazanie banalizacji dewocyjnego katolicyzmu
polskiego. Jako ciekawe zjawiska w sztuce lat dziewięćdziesiątych wymienia
też twórczość Grzegorza Klamana i Artura Żmijewskiego. Szczególnie na
przykładzie tej ostatniej ukazującej problem istnienia i nieistnienia
w naszej kulturze wizualnej ludzi niepełnosprawnych, można mówić o ukształtowaniu
naszej wyobraźni wizualnej przez represyjną kulturę, marginalizującą
problem chorego, kalekiego ciała, spychającą go w sferę niewidzialności.
Piotrowski uważa, że największą wartością wspomnianej tu sztuki, choć
często deprecjonowanej jest, że wytrąca nas z automatyzmu widzenia.
W odniesieniu do sztuki współczesnej padają często określenia, które
są same w sobie sprzeczne, pokazują jak trudno radzić sobie krytykowi
z twórczością współczesną. Warto przytoczyć tu wypowiedź Piotra Piotrowskiego
o sztuce lat dziewięćdziesiątych: Generalnie rzecz biorąc jest to pozytywne
zjawisko, mimo widocznej tu i ówdzie naiwności. Często też formułowane
są pod adresem współczesnych artystów zarzuty, że wątpliwej jakości
są używane przez nich środki artystyczne, że używana przez nich forma
jest mało wysublimowana, przekaz jest zbyt prosty czy wręcz właśnie
naiwny. Chodzi tu przede wszystkim o Alicję Żebrowską i jej pracę Grzech
Pierworodny. Uważam, że w tym przypadku, bardziej niż o formę, chodzi
o przekroczenie, czy wręcz zanegowanie granic między sztuką a pornografią,
odwrócenie efektu pornografii i zarazem zanegowanie go, a więc użyta
tu przez artystkę forma jest tu celowo kiepska i amatorska. Problemy
z opisem niektórych prac wynikają więc często także z ich niezrozumienia.
Z kolei dla Anety Szyłak niepokojące jest, że w dyskusjach o moralności
w sztuce równocześnie poddawane są krytyce, a wręcz ze sobą zrównane,
dzieła wybitne i przeciętne. Pisze ona: Nie liczy się już forma artystyczna
oraz filozofia artysty, lecz zastosowany przezeń środek wyrwany z kontekstu
dzieła. W efekcie brakuje rozróżnienia, kiedy radykalizm środków jest
uzasadniony i głęboko umotywowany, a kiedy jest tylko modą i efekciarstwem.
Nie wiem, czy obawy te są rzeczywiście uzasadnione. Mierne dzieła, wątpliwej
jakości artystycznej, z reguły nie podlegają jednak dyskusjom. Problematyczność
prezentowanego przez Szyłak poglądu wiąże się też ze współczesnym brakiem
wyznaczników tzw. dobrego dzieła sztuki. Czy określenie to miałoby
oznaczać pracę wysokiej jakości formalnej (w efekcie mielibyśmy do czynienia
nie tyle ze sztuką krytyczną, ile ze znajdującym się na jej biegunie
formalizmem), czy też pracę prezentującą głębokie przemyślenia filozoficzne
(zastanawiam się, czy jest to obowiązek artystów)?
Samo sformułowanie sztuka krytyczna może zresztą też być mylące, ponieważ
wiadomo już od dawna, że kontestowanie kultury, jej otwarta krytyka,
wyrażana z pozycji zewnętrznych jest o tyle nieskuteczna, że zawsze
następuje wchłanianie postaw krytycznych przez oficjalny system, osłabienie
wymiaru krytycznego przez komercjalizację. Tak więc niemożliwa jest
krytyka danej sytuacji, wyrażana z pozycji outsidera, możliwe są jedynie
próby opisu i diagnozy sytuacji, czy też dekonstruowanie modeli kultury,
ale zawsze poprzez przyjęcie pozycji w ramach tej kultury. Stąd też
w sztuce krytycznej tak często używane są środki z zakresu działania
kultury masowej, te same chwyty, często rzeczywiście ocierające się
o kicz i naiwność. Jednak użycie takiej formy jest w pełni uzasadnione.
Dobrym przykładem jest tu twórczość Zbigniewa Libery: jego lalki Barbie,
karabiny maszynowe, zestawy kulturystyczne dla dzieci, klocki Lego przypominają
do złudzenia produkty kultury masowej. Środki tejże kultury mają też
duży wpływ na kształtowanie się tożsamości we współczesnym świecie.
Tylko dzięki bezpośredniemu ich przeniesieniu w sferę sztuki, artysta
może tak dobrze obnażyć niektóre mechanizmy działania kultury masowej.
Zarzuty, co do użytych środków wyrazu, formułowane są bardzo często,
m.in. pod adresem Katarzyny Kozyry. Dotyczą dosłowności jej prac, a
więc ukazania w Piramidzie zwierząt scen przedstawiających zabijanie
konia, a w Łaźni sfilmowania nagich kobiet bez ich zgody. Podczas
dyskusji na temat sztuki Kozyry, zauważyłam, że wiele osób, nie mających
do czynienia ze sztuką współczesną, było pozytywnie nastawionych do
przekazu artystycznego, a negatywnie do jego formy. Pojawiały się między
innymi pytania, dlaczego ona nie mogła tego namalować. A przecież używana
przez Kozyrę forma odwołuje się do języka kultury wizualnej, m.in.
wiadomości telewizyjnych, gdzie wprost pokazywane jest okrucieństwo
i przemoc, gdzie także tak często następuje naruszanie prywatności przez
media.
Można też zaryzykować tezę, że gdyby Kozyra, chcąc ukazać te same problemy,
sięgnęłaby, zgodnie z całkiem nieprofesjonalną sugestią po malarstwo,
jej prace pozostałyby całkowicie niezauważalne, nie mówiąc już o tym,
że z pewnością nie wywoływałyby takich dyskusji. Artyści, jak Libera,
czy Kozyra, sięgający po środki formalne typowe dla współczesnej kultury
masowej, sięgają zarazem po coś o ogromnej sile przyciągania, po środki,
które dla większości są dobrze znane, stanowią nieodłączne elementy
naszego życia. Ale przez przeniesienie ich w układ sztuki, zostają pozbawione
swej oczywistości, stają się czymś wątpliwym i pozbawionym etycznych
racji. Tyle tylko, że odpowiedzialność spada nie na kulturę, lecz na
artystów. Oni są oskarżani o swe działania i w tym znaczeniu sztuka
współczesna rzeczywiście pozostaje niezrozumiała, lub można też powiedzieć
inaczej: dąży się do tego, by pozostała niezrozumiała, gdyż jej zrozumienie
oznacza zwątpienie w naszą kulturę, potrzebę krytyki tradycji oraz potrzebę
weryfikacji wyobrażeń o nas samych.
Warto zadać w tym miejscu pytanie, dlaczego takie dyskusje, jak te przedstawione
powyżej są w Polsce prowadzone, o czym świadczy tak silna polaryzacja
wygłaszanych o sztuce współczesnej poglądów. Jak już wielokrotnie w
tym tekście podkreślałam, dyskusje te naprowadzają nas na problem władzy.
Adwersarze sztuki krytycznej powołują się na potrzebę obrony tradycji,
moralności i uszanowania wartości, tym samym próbują oni bronić tradycyjnego
układu społecznego, funkcjonujących w tym społeczeństwie hierarchii
oraz hierarchicznego układu władzy. Piotr Piotrowski, w przywoływanym
już tutaj tekście Sztuka według polityki zwraca uwagę, że nasze społeczeństwo
trudno nazwać liberalnym, a nasza władza nie zajmuje się takimi problemami,
jak równowaga płci, poszanowanie mniejszości, wolność wyrażania odmiennych
przekonań, szacunek dla obcych, religijna neutralność państwa oraz
innymi zasadami społeczeństwa otwartego. Jak pisze Piotrowski: Wydaje
się, że zasada nowoczesnej, czy też ponowoczesnej demokracji, polegająca
na respektowaniu przez większość praw mniejszości, obca jest stylowi
rządzenia kolejnych ekip; raczej preferuje się tu swoistego rodzaju
klasyczne reguły władzy ludu: dominację większości. Jak już kilkakrotnie
podkreślałam, próby ograniczenia wolności artystycznej wiążą się z odebraniem
społeczeństwu możliwości dokonywania własnych ocen estetycznych i etycznych
oraz możliwości przemyślenia kontrowersyjnych problemów, na które te
prace wskazują. Opinie na temat sztuki współczesnej jako czegoś ekscentrycznego,
wynaturzonego, amoralnego i patologicznego prezentowane są w popularnych
programach telewizyjnych poświęconych sztuce (np. Pegaz) oraz w poczytnych,
codziennych gazetach (Gazeta Wyborcza, Życie), a więc w miejscach,
które powinny raczej służyć przybliżaniu odbiorcom tejże sztuki. Jednak
są to miejsca, gdzie nie dopuszcza się do głosu specjalistów, którzy
mogliby wskazać, na jakie problemy kieruje nas współczesna twórczość
oraz zaprzeczyć mitowi niezrozumiałości sztuki. Dominuje w mediach postawa
marginalizacji współczesnej twórczości, jej deprecjonowania, a nawet
odmawiania jej rangi sztuki. Co ciekawe, w prasie katolickiej (jak Znak,
Więź) podejmowane są próby dyskusji na temat sztuki współczesnej oraz
na inne tematy niechętnie u nas poruszane (jak np. feminizm, polityczna
poprawność itp.), jednak w publikowanych tam wypowiedziach i artykułach
dąży się do przedstawienia właściwego myślenia na temat tych zjawisk.
Następuje więc próba analizy, prowadząca do zaprezentowania ich jako
zagrożenia dla wartości chrześcijańskich Często próbuje się je ośmieszyć,
zdeprecjonować pod pozorem naukowych, obiektywnych stwierdzeń. Jeśli
te zjawiska, w jakikolwiek sposób, zagrażają katolickiemu modelowi,
należy je potępić. Potępia je więc także większość społeczeństwa, która
najczęściej nie rozumie samej istoty takich zjawisk, jak sztuka krytyczna,
polityczna poprawność czy feminizm, a zna jedynie pełne dezaprobaty
opinie na ich temat. Zjawiska te jawią się więc jako zagrożenie dla
układu władzy, opartego na tradycyjnych wartościach, nie uwzględniającego
praw mniejszości oraz nie dopuszczającego do otwartej krytyki podstaw,
na których ten układ się opiera.
|