|
Wstęp
Idziemy od pętli na Woli Justowskiej do domu Alicji przez łąki.
Alicja Żebrowska: Chwasty są. Tak, ludzkie chwasty. Rozrastają się
nieobliczalnie, łatwo i wsysają się w wartościową jednostkę. Trzeba
chwasty deptać. (Alicja depcze okoliczne chwasty) O, tak trzeba traktować
chwasty. Nie można dać się chwastom. Oczywiście, nie przemęczyć się
za bardzo, zbyt dużego poletka nie gnieść. Ale po prostu odpychać chwasty,
o tak, i ze swoim po prostu wybijać się ponad chwasty. Może jeszcze
z tych czereśni coś się nam uda zdrapnąć. Po moich chaszczach cię
oprowadzę, chodź, chodź, w moje tereny łowieckie.

Anna Jaros: A co ty tu łowisz, Alicjo?
AŻ: Dawniej to tu po nocach chodziłam i owoce
zbierałam. Bo to był mój jedyny posiłek. Tutaj to jest biała czereśnia,
tylko że tam to już w ogóle, nie przeciśniemy się. A tam są liski w
tym zagajniku. Trzy młode liski okociły się. Cudne. Bawią się na tych
łąkach. Rano wcześnie jak wstanę, to je czasami widzę. Ale niestety
w związku z tym wszystkie kuropatwy i bażanty się wyprowadziły. A dwa
lata temu gniazdował dziwny ptak, tam na tych łąkach, w nocy tylko skrzeczał,
wydawał odgłos, krz krz krz krz krz krz, bardzo intensywny. Natomiast
tutaj jest gniazdo pustułki, przypuszczam, albo jastrzębia.
AJ: Jakie tu są rodzaje ziół?
Zioła to są prawie wszystkie. Wyczytałam w zielnikach różnych o lulku,
że to są tereny dobre dla lulka, ale penetrowałam te tereny i niestety
nie spotkałam lulka. Suszą ten lulek i można go palić. To jest moc gigantyczna
i to trzeba docenić. On do Polski dotarł z Ukrainy i teraz przypomniała
mi się od razu podróż na Krym. Najpierw przemierza się stepy ukraińskie,
to jest coś niewiarygodnego, jakie to jest piękne, jaka poezja, a później
sam Krym. I najpiękniejsi to są ci ludzie, autochtoni. Oni jakoś tak
cudownie przetrwali komunizm. Ten komunizm nie zniszczył w nich wewnętrznego
piękna. Babuszki chodziły po plaży i sprzedawały domowe wyroby. I
właśnie ta bieda, ta prostota życia tych ludzi, to w ogóle ich nie upodliło.
Ci ludzie byli tak cudowni, nie było w nich żadnej zawiści, nie było
tego krwiożerczego pędu za kapitalizmem. Być może młodzi ludzie już
to mają, ale właśnie ci starsi to nie. Nad samym morzem Azowskim najpiękniejsze
stepy, jakie można sobie wyobrazić, lawendowo - pomarańczowe, no, obłęd
absolutny... I to oliwkowo rozszalałe Morze Azowskie. No, moc gigantyczna...
AJ: Jak wyglądała dokumentacja infiltronu?
AŻ: To w ogóle jest megadokumentacja, jeżeli
chodzi o Infiltron. Z Jackiem Lichoniem chcieliśmy jakby nie do końca
panować nad tą dokumentacją. I właściwie w założeniu już było, że dokumentacja
jest materiałem wyjściowym do tworzywa twórczego. Ale w sumie nie chodziło
nam o to, żeby zaplanować, co naprawdę jest tym dziełem sztuki. To jest
bardzo płynna sprawa. Bo inaczej wygląda koncepcja, którą się realizuje
na żywo, a inaczej odbiera się dokumentację z samej realizacji. Ona
jawi się jakby w zupełnie innej perspektywie oglądu. Jest przede wszystkim
pozbawiona emocji. W trakcie akcji jesteś wewnątrz sytuacji, a tu widzisz
tylko płaski wizerunek czegoś, taki powidok czegoś. Tak naprawdę to
dokumentacja jest powidokiem.
AJ: Jakie zmiany zaszły w koncepcji dokumentacji
Infiltronu? Czy zmieniliście koncepcję dokumentacji podczas trwania
projektu?
AŻ: Koncepcję w sensie rozbudowywania dokumentacji
nie zmienialiśmy specjalnie. Od początku wiadomo było, że opiera się
na wideo i na dokumentacji głównie filmowej.
AJ: Ale dokumentowaliście wasze perypetie podczas
tego projektu...
AŻ: Od początku była infiltracja i inwigilacja.
Inwigilacja była jakby drugim poziomem projektu. Trawestowaliśmy każde
zdarzenie. Ja bym to porównała do zjawiska, jakie zaistniało w nauce,
gdzie mamy badacza, który samą swoją osobowością i obecnością wpływa
czy zmienia badany obiekt.
AJ: Reguła nieoznaczoności Heisenberga?
AŻ: Tak.
AJ: Jakie innowacje do projektu wprowadziłaś
ty, jakie Jacek Lichoń, a jakie wprowadziliście wspólnie?
AŻ: Ponieważ oboje od samego początku mieliśmy
wiele wspólnych wyobrażeń, dlatego ustaliliśmy, że jest nieistotne,
co konkretnie było moim pomysłem, a co Jacka. Uznaliśmy, że istotny
jest końcowy efekt, ostateczny twór.
AJ: To jest pewnego rodzaju wspólna sfera inspiracji?
AŻ: To jest taka alchemia, gdzie różne substancje
wpływają na siebie i tworzą pewną zawiesinę. Ja już od dawna zauważyłam,
że akcentowanie własności to jest toksyczne działanie, żeby po prostu
unikać tego, co moje, a co twoje, bo to jest tak jakby się działało
wbrew sobie. Dzieło jest nasze wspólne i taki jest los, że ja jestem
pół artystką w tym dziele.
AJ: Albo jest dwóch artystów.
AŻ: Poza tym dziełem jest dwóch artystów, ale
w tym dziele jesteśmy rodzajem hermafrodyty.
AJ: A jak wygląda praca nad montażem tego materiału?
AŻ: W sumie to jest najmniej ciekawa rzecz, chociaż
jeżeli się już osiąga pewne efekty tej pracy to już staje się ciekawe,
natomiast dochodzenie do tego jest żmudną pracą. Musieliśmy najpierw
uzyskać z naszych akcji materiał wielu rzeczywistości, żeby dopiero
później, w konfrontacji, w układzie, w relacji tych różnych sytuacji,
dojść do pewnych już czysto artystycznych tworów.
AJ: Czy będziesz to montować tak jak się maluje
obraz, czyli będziesz estetyczne kategorie również stosować?
AŻ: Wideo jest w sumie miałkim materiałem, jeżeli
chodzi o wartość estetyczną, w sensie trwałości, jakości. Jest to takie
bardzo ulotne, przemijające, miałkie po prostu. Na przekór tego ja usiłuję
ten materiał tak przetworzyć, żeby wydobyć esencję estetyczności z tego
materiału.
AJ: Jakie uczucia towarzyszą ci podczas akcji
w rzeczywistości społecznej?
AŻ: To są różne uczucia, bardzo często zdenerwowania,
takiego podekscytowania wiążącego się z prowokacją. Bo wiadomo, że często
te działania są dość prowokacyjne dla przeciętnego odbiorcy. Zdaję sobie
z tego sprawę i czuję zagrożenie, że ktoś może negatywnie zareagować.
AJ: Czy to jest również ten efekt wyzwalania
się adrenaliny?
AŻ: Czasami zabije mi z emocji serce, hi hi hi.
AJ: Czy zmieniło Cię to jakoś? Przeżycia zmieniają
człowieka...
AŻ: Na początku miałam do tego podejście kosmity
z Łowcy androidów, czułam się nierealnie, jak bym była najeźdźcą z
innej planety, który wniknął w tkankę społeczną i dlatego też to tak
nazwaliśmy Infiltracja. Jacek jest większym outsiderem ode mnie. Ja
jestem taka, że mam większą czułość i jakby słabość dla tworów tej rzeczywistości.
On jest jakby jeszcze bardziej w sferze konceptualnej. W wyniku tych
działań w jakiś sposób doceniłam istnienie w społecznych rzeczywistościach
wirtualnych.
AJ: Najlepsze akcje dzieją się w tych rzeczywistościach
wirtualnych...?
AŻ: Ale tylko wtedy, jeżeli nastawisz się na
to, jeżeli w jakiś sposób utożsamiasz się z tym i musisz być konsekwentna.
To tak jak mówiłaś o tym przerabianiu dusz (pieriekowka dusz), o tych
ludziach w Rosji, którzy cały czas będą walczyć o ideologię komunistyczną,
ponieważ
tak silnie utożsamili się z tym, że dzisiaj przemienić się i znaleźć
dystans do tej ideologii jest już dla nich niemożliwe, ponieważ zabiliby
siebie samych. Wchodzisz w pewną rzeczywistość wytworzoną przez społeczeństwo,
unifikujesz się z nią i do końca jesteś jej wierna; to wtedy rzeczywiście
ma sens. Ale jednocześnie stajesz się więźniem tej rzeczywistości. Z
drugiej strony, jako outsider, też w jakimś sensie jesteś w swoim więzieniu.
To jest ciekawy problem filozoficzny analizowany od wieków problem
wolności osobistej, wolności manewru. Rzeczywistość społeczna każe ci
odbierać świat tylko jednym kanałem i to jest po prostu totalnie niszczące
dla osób niezwykle wrażliwych, wielo-sensorycznych, outsiderów.
AJ: Czy zgadzasz się z tym, że takie akcje tworzą
w rzeczywistości sytuacje absurdalne i ujawniają pokłady komizmu tkwiące
w skostniałych schematach społecznych?
AŻ: Najbardziej absurdalne, komiczne sytuacje
konfrontacyjne były w instytucjach.
AJ: Kafkowski klimat?
AŻ: To coś jeszcze bardziej niż kafkowski stan,
bo po prostu widzisz tych ludzi jak żyjątka w termitierach, gdzie są
robotnice, trutnie, i one zapieprzają rączkami i nóżkami... To nawet
nie chodzi o to, że oni pracują, no bo każdy pracuje, tylko chodzi o
to, że oni muszą być zakwefieni w mentalności danego miejsca pracy.
To ograniczenie tego pola widzenia, pola kontaktów z drugim człowiekiem,
jest przerażające.
AJ: Ja, kiedy robię podobnego rodzaju akcję,
staram się działać również w sferze emocjonalnej.
AŻ: W akcjach infiltronowych jest bardzo dużo
elementów aktorstwa, mistyfikacji. To nie jest mistyfikacja dla pustego
efektu. Ona ma bardzo głębokie uzasadnienie w konstrukcji artystycznej,
ponieważ bez niej nie dokonałby się pewien proces, który daje konkretne
efekty. I to są ważne elementy dla przekazu naszej koncepcji. Uważam,
że ta akcja w dużym stopniu mnie wytrenowała, była stopniem wtajemniczenia
do umiejętności odbierania jakości opozycyjnej. Nie jest tak że, dana
sytuacja jest a priori zła albo a priori dobra. Wykonujemy pewną rzecz,
która jest przekraczaniem tabu, prowokacją, czymś wyzywającym, wywołującym
negatywny odbiór. A właśnie chodzi o to, że ten negatywny odbiór jest
objawem nieumiejętności odbierania przeciwieństw w rzeczywistości. Wykonywanie
tej akcji, szczególnie wykonywanie rytuałów, to jest wręcz alchemiczny
trening umiejętności dostrzegania, rozumienia, odczuwania sprzeczności
jakie istnieją w rzeczywistości; żeby umiejętnie odebrać to, że świat
składa się z takiej opozycyjności.
AJ: Mann w Doktorze Faustusie pisze o tym,
że przejście między dobrem i złem jest już płynne na pewnym poziomie
abstrakcji. Pisze, że w muzyce to się dokonało, ale tu chodzi w ogóle
o abstrakcję w sztuce, o to, że na bardzo wysokim poziomie abstrakcji
dobro i zło funkcjonują w podobnych rejestrach, przenikają się.
AŻ: Widać to wyraźnie w Tybetańskiej Księdze
Zmarłych. Ta książka to podręcznik nauki osiągania poziomu abstrakcji
w odbiorze rzeczywistości pośmiertnej.
AJ: Jakie są twoje odkrycia w dziedzinie dokumentacji
akcji artystycznych?
AŻ: Nie w sferze technicznej. Ja raczej miałam
takie czuciowe podejście, emocjonalno-wrażeniowe. Na przykład, kiedy
robiłam pierwsze swoje dokumenty, to bardzo mi się podobały efekty nocne.
Kiedy robiłam wywiad ze schizofrenikiem, Mieciem Jarzębiem, to mroczność
jego psychiki bardzo korespondowała z nieostrym jakościowo obrazem kręconym
w nocy. To jest charakterystyczne w kontakcie z drugim człowiekiem,
że my tak naprawdę siebie nie widzimy i tak naprawdę nie widzimy, kim
jest ten inny człowiek. I nie możemy w pełni poznać siebie i zrozumieć
siebie nawzajem. To medium bardzo dobrze oddaje ułomność i ulotność
tego kontaktu z drugim człowiekiem. Wydaje ci się że zapisuje rzeczywistość
i zapisuje czas, ale tak naprawdę nic nie zapisuje. Kto będzie oglądał
te kilometry taśm, które są nakręcone na całym świecie? W pewnym momencie
uświadomiliśmy sobie to z Jackiem. Usiłujemy zrobić jakiś ekstrakt z
tego materiału. Chodzi tylko o stosunek do ogromu tego materiału dokumentacyjnego.
AJ: Jaką rolę w twoich realizacjach odgrywa intuicja?
Jakie jest znaczenie czynnika intuicji w twoich decyzjach artystycznych?
AŻ: Intuicja. tak jak każde inne medium, jest
przeze mnie traktowana jako narzędzie twórcze. Staram się też manipulować
moją intuicją. Głos nieświadomości ujawnia mi się np. we śnie, a ja
decyduję czy pójść za tym głosem czy nie. To odbywa się na tej zasadzie,
że czasami zrobię coś zupełnie przeciwstawnego do głosu intuicji, a
w drugim wariancie realizuję jej podszept. Ta sama koncepcja, zrealizowana
dwoma metodami: intuicyjną i przeciwstawną, daje ciekawe rezultaty.
AJ: Jaką masz teraz kurację?
AŻ: Kurację magnetoterapii.

.
Naświetlam swoją głowę. Aureolę mam taką jak ci Rosjanie w komunie,
którzy chronili się hełmem ochronnym przed KGB-zombi. Tak i ja muszę
trzy razy dziennie sobie taką strefę ochronną założyć, blokadę przeciwko
złemu promieniowaniu. A oprócz tego idzie tutaj dobre promieniowanie
i oczyszcza mi mózg, żeby z tych śmieci i chwastów wyplewić. To jest
ciężka praca w ogródku ciała ludzkiego, odchwaszczanie organizmu ludzkiego.
I mam jeszcze jedną czaderską terapię, kurację lampy. W walizeczce się
chowa...

AJ: Czy sztuka jest częścią kuracji?
AŻ: To jest jakby kuracja sztuki, w tym sensie,
że twórczość i zajmowanie się sztuką jest metodą funkcjonowania, odbierania
rzeczywistości. Przecież człowiek nie jest nigdy zdrowy, zawsze dąży
do śmierci. Całe życie jest terapią istnienia, jeśli dostrzegasz i czujesz
na sobie ten mechanizm przeżywania życia i wchodzisz świadomie w relacje
z życiem. Z dystansu czasu, jak teraz spojrzę na projekt Infiltron,
to rzeczywiście jest on jakąś terapią; terapią interakcji z drugim człowiekiem,
poznawania siebie samego, ale jest on również terapią penetrowania,
dochodzenia do pewnej jakości wewnętrznej. W przypadku tego projektu
to jest ciekawe, że nie traktujemy tego z Jackiem jako jakiegoś zewnętrznego
dzieła sztuki, nad którym mamy pełną kontrolę. Owszem, ono ma dużo wspólnego
z artystą, z jego koncepcją, ale tak naprawdę to istnieje poza artystą,
jest potokiem naszego życia.
back
|